Gambit Cenckiewicza. Rezygnacja, która zaskakuje

angora24.pl 4 часы назад

Gambit to termin szachowy, który zdobył niezwykłą popularność w polskiej publicystyce. Naczytałem się już o gambitach Tuska, Kaczyńskiego, Hołowni i wielu innych polityków. Dziennikarze najczęściej używają go jednak błędnie – jako synonimu chytrości, cwaniactwa albo wyprzedzania ruchów przeciwnika. Tymczasem gambit oznacza świadome poświęcenie materiału, zwykle pionka, po to by wciągnąć przeciwnika w pułapkę i przejąć kontrolę nad centrum planszy, od którego zależy dalszy rozwój gry.

Czy rezygnacja Sławomira Cenckiewicza z funkcji szefa BBN była właśnie takim posunięciem? To okaże się dopiero w przyszłości. Pewne jest jednak, iż nie wygląda na decyzję spontaniczną. A zważywszy na dotychczasową karierę historyka, trudno zakładać, by Cenckiewicz zamierzał odpuścić politykę i oddać partię walkowerem.

Kim on jest?

Sławomir Cenckiewicz podobnie jak Karol Nawrocki pochodzi z Trójmiasta. Do szerokiej debaty publicznej wszedł jako współautor głośnej książki „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii”. Od tamtej pory Cenckiewicz wracał do Wałęsy obsesyjnie: w książkach, wypowiedziach i polemikach. Z czasem stało się jasne, iż Wałęsa przestał być dla niego postacią historyczną, a stał się figurą niemal osobistą: człowiekiem, którego mit trzeba nie tyle zbadać, ile rozbić. Problem polega na tym, iż w tej krucjacie ginęła elementarna proporcja. choćby przyjmując, iż Wałęsa współpracował z SB na początku lat 70., nie zmienia to faktu, iż był to epizod sprzed powstania „Solidarności”, sprzed Sierpnia ’80, sprzed internowania i sprzed Pokojowej Nagrody Nobla. Dlaczego więc miałby on przekreślać całe późniejsze życie?

Wojna wytoczona Wałęsie sprawiła, iż Cenckiewicz znalazł się w orbicie PiS. Z historyka zajmującego się archiwami komunistycznych służb specjalnych coraz wyraźniej stawał się publicystą politycznym. W 2016 r. został dyrektorem Wojskowego Biura Historycznego, a później jednym z autorów programu „Reset” w TVP. Formalnie był to serial dokumentalny o polityce Polski wobec Rosji w latach 2007 – 2015; w praktyce akt oskarżenia przeciwko ekipie Donalda Tuska, na którym Cenckiewicz nieźle zarobił (jak podaje „Gazeta Wyborcza” dzięki temu wzbogacił się o pół miliona złotych).

Po tym, gdy w ubiegłym roku Karol Nawrocki sensacyjnie wygrał wybory prezydenckie, Cenckiewicz poszedł w górę: trochę ze względu na zasługi oddane prawicy, trochę dlatego, iż z nowym prezydentem znał się od lat. Nominacja na szefa BBN od początku była jednak obciążona zasadniczą kontrowersją: Cenckiewicz nie miał poświadczeń bezpieczeństwa. A bez nich szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego staje się urzędnikiem malowanym, który nie jest w stanie wykonywać swoich obowiązków.

Sprawa leków i mapy

Powodem nieprzyznania uprawnień miało być kłamstwo, którego Cenckiewicz dopuścił się w 2021 r., gdy wypełniał ankietę bezpieczeństwa i nie przyznał się, iż podczas epizodu depresyjnego przyjmował leki. Historyk zaskarżył tę decyzję i wygrał zarówno przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym, jak i w apelacji. Warto jednak zwrócić uwagę, jak dokładnie brzmiał wyrok NSA. Sąd nie mówił bowiem, iż Cenckiewicz powinien dostać certyfikaty, ale jedynie to, iż procedura ich odebrania była przeprowadzona wadliwie i powinna się odbyć jeszcze raz.

Do tego dochodzi sprawa z 2023 r., kiedy to Prokuratura Okręgowa w Warszawie skierowała akt oskarżenia przeciwko Cenckiewiczowi i byłemu szefowi MON Mariuszowi Błaszczakowi. Według prokuratury jako ówczesny dyrektor Wojskowego Biura Historycznego miał ułatwić Mariuszowi Błaszczakowi dostęp do dokumentów planowania strategicznego, które następnie wykorzystano politycznie, m.in. w spocie wyborczym PiS oraz w serialu „Reset”.

Prokuratura twierdzi, iż działania te miały służyć osiągnięciu korzyści osobistej i wyrządzić „wyjątkowo poważną szkodę Rzeczypospolitej Polskiej”. Sam Cenckiewicz nie przyznaje się do winy.

Konflikty w Pałacu

Do tego dołóżmy konflikty w samym Pałacu Prezydenckim. Sławomir Cenckiewicz podobnie jak Karol Nawrocki jest politycznym debiutantem i mimo wielu lat publicystycznej aktywności nie ma swojego zaplecza. Dlatego w obliczu pisowskiego zaciągu do Pałacu (funkcje w nowej administracji dostali Paweł Szefernaker, Zbigniew Bogucki i Marcin Przydacz) mógł czuć się outsiderem. Istotą konfliktu miał być spór kompetencyjny z Przydaczem (szefem prezydenckiego biura polityki zagranicznej). Chodziło o to, iż podczas wizyty w USA nie wiadomo było, kto ma rozmawiać z Amerykanami.

Ponadto Sławomir Cenckiewicz jest bardzo aktywny na Twitterze (a dziś portalu X), gdzie jego wpisy pojawiają się tak często, jakby ten był cały czas przykuty do ekranu. Zdarzyły mu się wypowiedzi ostro krytykujące Viktora Orbána i… Donalda Trumpa. Oczywiście to jednorazowe wyskoki, ale świadczą o niesterowalności Cenckiewicza, co na pewno nie podobało się kolegom z PiS nauczonym innego zachowania.

Prawdziwy problem

Cenckiewicz mógł więc albo trwać na stanowisku, mierzyć się z nieprzychylnym środowiskiem i frustrować, iż nie może realnie wykonywać swojej funkcji, albo wymyślić sobie nowe zadanie. Decyzja o odejściu na pewno nie była spontaniczna i została omówiona z Karolem Nawrockim. Jednocześnie od razu pojawiła się informacja, iż historyk będzie towarzyszył Przemysławowi Czarnkowi w jego trasie po Polsce.

Szerokie spotkania z wyborcami to coś, co może wychodzić Cenckiewiczowi naprawdę dobrze, bo to człowiek elokwentny i obdarzony dużą kulturą wypowiedzi, a wyborcy potrafią to docenić. My zaś musimy zwrócić uwagę, iż może być to początek budowy partii prezydenckiej wewnątrz PiS.

Tyle o bieżącej sytuacji, chciałbym jednak wykorzystać tę okoliczność i powiedzieć, iż uważam Sławomira Cenckiewicza za człowieka szalenie niebezpiecznego. I nie chodzi tu wcale o to, iż zataił prawdę o lekach czy pokazał jedną mapę w telewizji. Obie sytuacje, choć brzmią poważnie, da się wyjaśnić. Problem jest gdzie indziej. Sławomir Cenckiewicz jest człowiekiem o mentalności jakobina. Człowiekiem owładniętym nienawiścią wobec każdego, kto myśli inaczej, który nie rozumie istoty procesu demokratycznego, nie widzi wartości w dialogu ani w kompromisie. Dla niego nie ma rywali – są wrogowie. Nie ma innego myślenia o państwie – jest zdrada stanu.

To człowiek, który świetnie zna historię jako archiwum, a słabo rozumie historię jako zapis ludzkiego doświadczenia. Potrafi poruszać się wśród dokumentów, dat, nazwisk, sygnatur i teczek, ale nie dostrzega tego, co najważniejsze: tragicznej złożoności dziejów i niejednoznaczności ludzkich biografii. To paradoks szczególnie dotkliwy. Można pisać wyróżniane prace naukowe, robić znakomite kwerendy i czuć się w archiwach jak ryba w wodzie, a zarazem nie umieć zobaczyć dużego obrazka. Można wyciągać z archiwum MSZ dokumenty mające świadczyć o zdradzie, podczas gdy doświadczeni dyplomaci tłumaczą, iż są właśnie od tego, aby rozpatrywać wszystkie możliwe scenariusze. Także te niewygodne, nieprzyjemne i ryzykowne, bo od odwagi w takim myśleniu może zależeć los Polski.

Ale nasz prymus prokurator już tego nie słyszy. Nie interesuje go wejście w czyjąś biografię, umysłowość i próba rozszyfrowania motywacji. To jest dla niego frajerstwo. Liczy się złapanie za słówko, postawienie aktu oskarżenia i pobiegnięcie przed kamerę z triumfalnym uśmiechem.

W szachach takie granie zwykle kończy się źle: można efektownie rzucić pionkiem, można krzyknąć „szach”, można przez chwilę wyglądać na genialnego stratega. Ale jeżeli nie widzi się całej planszy, prędzej czy później okazuje się, iż to nie był gambit. To była tylko strata materiału.

Читать всю статью