Marcjanna.
nigdy nie poznałem osoby o tym imieniu.
wyobraź więc sobie, kochanie, iż istnieje taka
moja dobra nieznajoma, co, gdzieś tam, hen,
na granicy istnienia, do tego w ukryciu,
wydziera z wnętrza, wyskrobuje-wytłukuje z ciała,
esencji, z całej mojej energii, wszystkie wady,
jest niczym ciałokształtny moździerz do rozgniatania
i ucierania. zwizualizuj sobie kobietę,
obojętnie, o jakich rysach,
wyglądajacą, jakby była ludzikiem ze wstążek,
której jedyna stałość składa się z materiałowych pasków,
więc nie jest jest żadną stałością,
a w zasadzie stanowi jej przeciwieństwo.
nie byłem w ani jednej kopalni.
więc, za niewidzialną kurtyną,
zjeżdżam teraz głęboko pod ziemię
w rozklekotanej, gibającej się na wszystkie strony
windzie, by wrzucić w głąb sztolini bez dna
bagażysko, jakie z mozołem przytargałem:
wór, w który spoczywa dzikie zwierzę
(chcę wierzyć i będę bronić tej, może nieco
irracjonalnej, wiary, iż jest martwe,
a nie jedynie uśpione).
tasiemkowa Marcjanna przez cały czas wywleka moje
niezalety, tańczy, polska niewolniczka
na dworze Kali, opleciona parującymi jelitami.
oj, jakie brzydkie puencisko.















