Czy Karol Nawrocki sprowadzał prostytutki dla gości Grand Hotelu w Sopocie? Czy Donald Tusk cieszył się z katastrofy w Smoleńsku wraz z Putinem? Czy Antoni Macierewicz był lub choćby jest rosyjskim agentem?
W rozgrzanej do czerwoności polskiej debacie publicznej od bardzo wielu już lat padają takie i inne oskarżenia, niekiedy formułowane przez wrogich aktorów politycznych, niekiedy publikowane w postaci wyników pracy dziennikarskiej, tak czy inaczej zawsze przez media amplifikowane. Dotąd osoby publiczne, będące mimowolnymi bohaterami tego rodzaju historii – niezależnie od tego, czy i w jakim stopniu publikacje na ich temat pokrywały się z faktami – miały tylko jedną, klasyczną drogę, aby się przed nimi próbować bronić. Była to oczywiście droga pozwów sądowych, często kosztowna, a niemal zawsze długotrwała i pełna znoju. Rezultaty takich pozwów były dla strony niesłusznie pomówionej zresztą nierzadko niesatysfakcjonujące: dementi w postaci krótkiej adnotacji drobnym drukiem nie docierało choćby do ułamka czytelników pierwotnej, sensacyjnej publikacji, a czas oczekiwania na wyrok powodował, iż opinia publiczna o całym zamieszaniu niekiedy już choćby zdążyła całkowicie zapomnieć.
Choć wymiar sprawiedliwości w różnych krajach działa z różną skutecznością w tego rodzaju sprawach, to jednak dość powszechne jest niezadowolenie z niego. To prawdopodobnie dlatego Peter Thiel i jego przyboczny Aron D’Souza postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i stworzyć narzędzie umożliwiające bohaterom prasowych kontrowersji „oczyszczenie się” z podejrzeń czy zarzutów w ciągu około 72 godzin. Platforma o nazwie Objection, której start ogłoszono w kwietniu i która jest inicjatywą D’Souzy, hojnie wspomożoną przez miliardera Thiela, reklamuje się jako narzędzie skutecznego zablokowania zniesławień i „ochrony dobrego imienia” ludzi na świeczniku, czy to ze świata polityki, biznesu, kultury czy jakiegokolwiek innego obszaru życia publicznego. Podstawową zasadą działania Objection jest oddanie publikacji prasowych pod osąd sztucznej inteligencji pod kątem zgodności z faktami oraz wywarcie presji na dziennikarzach i publicystach, aby we wszczętych tam „postępowaniach” uczestniczyli. Wszystko bowiem ma odbywać się pod rygorem odwrócenia sytuacji, w której teraz to dobre imię autorów tekstów i innych materiałów medialnych zostaje położone na szali.
Jak to działa? Każda osoba, na temat której powstanie prasowa publikacja i która uzna, iż została w tej publikacji pomówiona lub na podstawie fałszywych informacji w jakikolwiek sposób ukazana w niekorzystnym świetle, może zgłosić na platformie sprzeciw, czyli tytułowe „objection”. O ile tylko uiści opłatę w wysokości 2.000 dolarów, sprawa zostanie zarejestrowana i odtąd, w błyskawicznym tempie, zacznie się przygotowanie do wydania „wyroku”. Autor poddanego w wątpliwość materiału zostanie wezwany do przedłożenia wszystkich źródeł, na których się opierał, zaś – niezależnie od jego gotowości do zareagowania na to wezwanie (co, rzecz jasna, musi być dobrowolne) – wyselekcjonowany zespół złożony rzekomo z „byłych agentów” FBI, CIA i innych agencji śledczych przeprowadzi własne śledztwo, usiłując zweryfikować stan faktyczny. W kolejnym etapie wszystkie tak zdobyte materiały zostaną przedłożone „ławie przysięgłych AI” złożonej z kilku różnych modeli językowych (m.in. OpenAI, Google, xAI, Anthropic i Mistral), która wyda werdykt, albo potwierdzający materiał prasowy, albo dezawuujący go jako kłamliwe pomówienie, albo ewentualnie niejednoznaczny. Zarówno sam werdykt, jak i wcześniejsze etapy procedury (poza personaliami „byłych agentów”) będą jawne i na bieżąco raportowane na stronach Objection. Opinia publiczna ma od razu wiedzieć, iż dany tekst został zakwestionowany co do jego prawdziwości (Objection chce znakować np. tweety zawierające linki do kwestionowanych tekstów na zasadzie podobnej do „uwag społeczności” na X, dawnym Twitterze), na którym etap procedury weryfikacyjnej sprawa się w danym momencie znajduje, ile godzin pozostało do planowanego ogłoszenia „wyroku” oraz, oczywiście, jak ostatecznie „wyrok” ten brzmi.
Ciekawym narzędziem stosowanym przez Objection w celu wywarcia presji na dziennikarzach, aby zwyczajnie nie ignorowali spraw „wytaczanych” ich tekstom, jest tzw. „rating honorowy”. Z biegiem czasu Objection chce zbudować cały system oceniania rzekomej prawdomówności dziennikarzy i reporterów poprzez przypisywanie konkretnym nazwiskom autorów konkretnych ratingów. A na wysoki rating trzeba będzie sobie zasłużyć. Za zignorowanie wezwania do udziału w procedurze sprawdzającej są naturalnie punkty ujemne, podobnie jak za „wyroki” podważające tezy z tekstów czy za odmowę zdjęcia i sprostowania tekstu, który AI uzna za fałszywy, kłamliwy, przeinaczony czy naciągnięty. Punkty dodatnie są za zaangażowanie się dziennikarza w obronę swojego tekstu oraz za wykazanie jego prawdziwości poprzez dostarczenie modelom językowym (w ciągu 24 godzin od złożenia „pozwu”) konkretnych dowodów na opublikowane tezy. Przy czym źródła też są oceniane różnorodnie: dokumenty urzędowe czy e-maile bohaterów tekstu są oceniane wysoko jako źródła, natomiast informacje od anonimowych informatorów, w tym whistleblowerów, mają dla Objection wartość praktycznie zerową. Oznacza to, iż tekst oparty na (nawet dwóch i więcej niezależnych od siebie) anonimowych źródłach, których dziennikarz nie ujawni Objection z imienia i nazwiska (czego naturalnie żaden szanujący się człowiek mediów nie uczyni), jest praktycznie bez szans na „wyrok” zwalniający z zarzutu nieprawdziwości. Tak napisane są prompty dla modeli językowych i tak mają one klasyfikować i oceniać zebrane materiały.
Peter Thiel staje się w ostatnich latach coraz bardziej znany ze swojej politycznej aktywności, nie tylko jako patron kariery politycznej obecnego wiceprezydenta USA, J.D. Vance’a, nie tylko jako jeden z najbogatszych ludzi na świecie, założyciel PayPala i członek wąskiej elity krezusów z branży big tech, a także nie tylko jako libertarianin, który w głośnym tekście napisanym na fali kryzysu finansowego 2008 r. uznał wolność gospodarczą za niekompatybilną z demokracją. Thiel w tej chwili jest domorosłym teoretykiem apokalipsy, który wieszczy nadejście Antychrysta i wzywa do bezwzględnej brutalności w obronie tożsamości cywilizacji zachodniej, do rozkładu której prowadzić mają jakoby liberalna demokracja, wolność słowa, debata publiczna i transparentność procesów rządzenia państwem. Na długiej liście winowajców słabości i dekadencji Zachodu Thiel umieszcza naturalnie wolne media, a ich skłonność, aby interesować się życiem i działalnością ludzi z technologicznego świecznika, budzi jego furię. To podejście miliardera niewątpliwie zostało ukształtowanie przez rzeczywiście nieciekawe doświadczenie, gdy plotkarski, stroniący od publikacji wysokich lotów portal Gawker poinformował świat o rzekomym homoseksualizmie Thiela. Ten wówczas poprzysiągł zemstę i zaangażował się – z pomocą D’Souzy – finansowo w pozew przeciwko wydawcy, złożony zresztą przez kogoś innego (konkretnie przez Hulka Hogana, którego seks-taśmę Gawker także upublicznił), w efekcie doprowadzając portal do upadłości i likwidacji. Oczywiście batalie sądowe zajęły wiele lat. Wraz z rozwojem sztucznej inteligencji, która potrafi pracę tłumaczy, grafików czy programistów wykonywać w kilka sekund, u obu panów musiała zaświtać idea, iż modele językowe są zdolne także wykonywać ekspresowo pracę sędziów.
D’Souza jest pewien, iż będą w tym równie dobre, co ludzie. Owszem, źródłowe kody niektórych użytych przez Objection modeli nie zostały upublicznione, a ich twórcy niekiedy przyznawali w wywiadach, iż sami nie do końca rozumieją tok „wnioskowania” ich własnych modeli. Oczywiście szeroko rozpoznane jest także zjawisko halucynacji, gdy modele językowe zawierają w swoich odpowiedziach oczywiste nonsensy (przykładowo autor tego tekstu od jednego z modeli dowiedział się niedawno o sobie samym, iż jest wybitym inżynierem i założycielem odnoszącego kolosalne sukcesy start-upu na rynku energii). Jednak szef Objection macha na to ręką i wskazuje, iż wyroki wydawane przez ludzi pełniących urzędy sędziowskie (lub wchodzących w skład ław przysięgłych) także bywają uzależnione od tego, czy sędzia w dany dzień był głodny, zmęczony, znużony, poirytowany lub chory, a już na pewno od tego, czy podsądny wydał mu się sympatyczny czy nie. Zresztą gwarantem zastosowania naukowych rygorów przez system ewaluacji Objection ma być były inżynier NASA i SpaceX Elona Muska, Kyle Grant-Talbot, który na platformie pełni rolę dyrektora technicznego.
D’Souza wytyka mediom, iż stały się politycznie stronnicze, tożsamościowe – ze szkodą dla własnej rzetelności i ocen. Deklarowane w sondażach zaufanie do mediów tzw. głównego nurtu spadło w USA do zaledwie 28%. Dla inicjatora Objection jest to argument za podważeniem ich wpływu na przebieg debaty publicznej, za odejściem od wstępnego zakładania, iż publikowane wiadomości pokrywają się z faktami. Dopiero brak „pozwu” ze strony opisanych osób lub odrzucenie go przez AI powinno być momentem uznania materiał prasowy za zweryfikowany i godny uwagi odbiorców. D’Souza wskazuje też na asymetrię pomiędzy dziennikarzem/mediami a opisywanymi bohaterami ich publikacji. Ci drudzy nie mają dostępu do równie licznej publiczności, aby skutecznie zanegować ewentualne pomówienie, upływ czasu działa na ich niekorzyść, nie mają wglądu w informacje o źródłach, jeżeli te są anonimowe. Są na świeczniku. Tymczasem praca dziennikarza od strony warsztatu nie jest podobnie kontrolowana, odbywa się poza okiem publicznej oceny. Opinia publiczna nie ma narzędzi, aby ocenić, czy media dochowały standardów i rzetelności. Brakuje transparencji: media taśmowo pociągają innych do odpowiedzialności, ale same jej unikają. Potrafią w kilka godzin zniszczyć czyjąś karierę zawodową, szczególnie skutecznie w dobie cancel culture.
Objection przede wszystkim ma odwrócić logikę tej relacji. Teraz to dziennikarz ma mieć mało czasu w zajęcia stanowiska i komentarz w postaci reakcji na wezwanie do przedłożenia dowodów i źródeł. To jego dobre imię i choćby przyszłość zawodowa ma stanąć pod znakiem zapytania. To on jest oskarżonym lub podejrzanym o przekłamania, który musi się bronić. To wobec niego ma być skierowane ostrze sceptycyzmu opinii publicznej, gdy obok jego tekstu pojawi się znaczek Objection. To procedowanie nad jakością jego pracy i etyką postępowania odbywa się w czasie rzeczywistym na platformie i jest do wglądu wszystkich ludzi na świecie z dostępem do sieci. Niewypowiedzianą wprost nadzieją D’Souzy i Thiela wydaje się uzyskanie choćby częściowego „efektu mrożącego”, który ograniczy ochotę niektórych autorów do kolejnych publikacji na temat ludzi polityki i zwłaszcza biznesu. Objection to w gruncie rzeczy digitalny i zautomatyzowany SLAPP. Poza tym jego inicjatorzy prawdopodobnie z euforią chcą wylać tutaj dziecko w postaci whistleblowerów z kąpielą. Ryczałtowe zdezawuowanie anonimowych informatorów i sygnalistów, wręcz uczynienie z nich swoistego „obciążenia” dla wizerunku autora i odbioru tekstu, to dla tzw. możnych tego świata większy spokój i mniejsze obawy, iż takie czy inne machlojki i naruszenia prawa kiedykolwiek ujrzą światło dzienne. To potencjalny cios w splot społeczny funkcji czwartej władzy, wynaturzenie liberalnej demokracji poprzez pozbawienie jej kluczowych narzędzi kontrolnych, oślepienie opinii publicznej i zwrócenie ludziom władzy i pieniądza tej przewagi, którą odebrała im w pewnym momencie rosnąca transparentność.
Objection jest produktem skrojonym pod potrzeby poirytowanej dziennikarską kontrolą elity, która wszystko jest w stanie sobie kupić, poza wolnością od podejrzliwości opinii publicznej. Oczywiście kwota 2.000 dolarów jest znacząco niższa od kosztów sądowych batalii z powództwa cywilnego, ale nie jest to, z drugiej strony, kwota na tyle niska, aby za dobrą monetę przyjąć deklaracje D’Souzy, iż jest to narzędzie, z którego może skorzystać każdy pomówiony obywatel. Zwłaszcza iż system nie przyjmuje zgłoszeń globalnych, odnoszących się do całych artykułów, a tylko do pojedynczych twierdzeń. jeżeli zatem w danym materiale znalazło się 10 faktów, które bohaterowi tekstu się nie podobają, to musi uiścić 20.000 dolarów i otworzyć 10 oddzielnych spraw. Jest więc jasne, kto będzie w stanie poszczególne media i poszczególnych autorów nękać niezliczoną mnogością wytaczanych spraw. Albo jeszcze gorzej: kto będzie mógł zorganizować poprzez platformę istny doxxing wobec pojedynczego dziennikarza, celem zastraszenia, odebrania głosu, być może ostatecznie wyparcia z zawodu.
Pomysłodawcy Objection docelowo pragną przekształcenia środowiska medialnego tak, aby światło dziennie mogły ujrzeć wyłącznie zatwierdzone przez osoby wymieniane w tekście artykuły oraz wyłącznie autoryzowane wywiady (autoryzacja to rzecz na Zachodzie dużo mniej przyjęta aniżeli w polskiej praktyce dziennikarskiej). Optymalnie autor tekstu zawierałby z jego bohaterem przed publikacją umowę cywilną, gdzie ten pierwszy zobowiązywałby się przedłożyć swoje źródła na wypadek złożenia przez tego drugiego „pozwu” oraz zapłacić kary umowne na wypadek zakwestionowania fragmentów tekstu przez Objection, a dodatkowo wydawca zgadzałby się wycofać publikację w takim przypadku i za nią przeprosić. Trudno sobie wyobrazić, iż jakiekolwiek poważne redakcje i poważni dziennikarze będą szli na taki układ. Jednak samo istnienie narzędzia, które taką weryfikację pracy dziennikarskiej w rzekomo „niezależny” sposób umożliwia, będzie budzić podejrzliwość opinii publicznej wobec mediów wzbraniających się zeń korzystać, co będzie oznaczać dalszy spadek zaufania społecznego wobec mediów. Niskie „ratingi honorowe” będą w końcu faktycznie wykluczać z zawodu. Można też mieć obawy, iż tłumaczenia redakcji o dochowaniu standardów rzetelności, o uzyskaniu wiadomości i jej potwierdzeniu u kilku niezależnych źródeł, o dołożeniu wszelkich starań ich weryfikacji w dokumentach, o uważnej i krytycznej pracy wewnętrznych działów fact-checkingu mogą blaknąć w zderzeniu z mocno oddziałującym na wyobraźnię werdyktem „niezależnej” AI.
Model działania Objection stawia dziennikarzy na przegranej pozycji. Nie ma dobrego wyjścia wobec alternatywy „ujawnić swoje anonimowe źródła czy patrzeć jak własny tzw. rating spada coraz niżej”. Objection może stać się narzędziem szybkiego „zużywania się” autorów, którzy przy bardzo niskim ratingu zaczną być odrzucani przez opinię publiczną, wobec czego redakcje poczują się zmuszone zastępowania ich „niezgranymi”, świeżymi nazwiskami na nowy cykl. Będą utrudniać redakcjom decyzje o publikowaniu najważniejszych, ale skazanych na wzbudzenie kontrowersji materiałów, co wywoła dalszy uszczerbek na jakości życia politycznego i społecznego. Ostatecznie, o ile Objection się przyjmie, o przyszłości czwartej władzy może zdecydować walka na wiarygodność. Media nie mają tutaj w tej chwili najmocniejszych kart, ale nowa platforma jest pod tym względem zupełnie niezapisaną kartą, nie jest na razie ani wiarygodna, ani niewiarygodna. Pozbawienie modelu „wyrokowania” przez Objection wiarygodności i powagi może być jedyną drogą dla redakcji i autorów, aby zachować możliwość dalszego uprawiania swojego zawodu.










