Dyplomata nie może mówić wszystkiego, co wie – rozmowa z byłym ambasadorem Janem Natkańskim

gazetatrybunalska.info 18 часы назад

Jan Natkański to polski arabista i dyplomata. Pełnił funkcję ambasadora RP w Kuwejcie i Egipcie. Aktualnie zajmuje się działalnością dydaktyczną. Jego wiedzy i doświadczenia można posłuchać w cyklu „Opowieści arabskie Jana Natkańskiego”, realizowanym w ramach „Raportu o stanie świata”.

W wywiadzie z Julią Olszewską opowiada o tym, jak został dyplomatą, na czym polegała jego praca oraz zdradza kulturowe i polityczne tajniki Bliskiego Wschodu.

Julia Olszewska: Słyszałam, iż miał pan 14 lat, gdy wyjechał z rodzinnego Honoratowa. Gdzie konkretnie i dlaczego? Do Łodzi?

Jan Natkański: Nie. Skoro będziemy rozmawiać dla „Gazety Trybunalskiej”, to zacznijmy od Piotrkowa, bo Piotrków był pierwszym moim miejscem pobytu poza domem rodzinnym. Jestem absolwentem I Liceum Ogólnokształcącego im. Bolesława Chrobrego w Piotrkowie Trybunalskim, z czego jestem dumny. W ubiegłym roku, dzięki uprzejmości dyrektora, Henryka Michalskiego, otrzymałem zaproszenie na niezwykły jubileusz: liceum „skończyło” 350 lat. kilka jest szkół średnich w Polsce z podobną historią i tradycją. Gdy czasami przyjeżdżam do Piotrkowa, to zwykle bywam na cmentarzu ze zniczem dla mojej wychowawczyni Marii Rembek. Pomogła mi wiele przez te 4 lata pobytu w liceum.

Następnym etapem Pana edukacji były studia w Łodzi, prawda?

Ukończyłem polonistykę na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Łódzkiego. Byłem stypendystą naukowym. Na moim 70-osobowym roku było tylko dwoje takich stypendystów. Otrzymywanie stypendium zapowiadało karierę naukową na uniwersytecie. W moim przypadku tak się nie stało. Propozycji stażu na uczelni po uzyskaniu dyplomu nie otrzymałem. Mój promotor i patron na uczelni, profesor Zdzisław Skwarczyński, świetny historyk literatury okresu Oświecenia, przez pewien czas dziekan Wydziału Filologicznego, a później rektor Uniwersytetu Łódzkiego, sugerował tylko, abym: „daleko od Łodzi nie odjeżdżał”. Pracę znalazłem w ówczesnym województwie kieleckim, zostając nauczycielem języka polskiego w Liceum Ogólnokształcącym w Kozienicach. Po pół roku otrzymałem od prof. Skwarczyńskiego list z prośbą o kontakt. Okazało się, iż ma dla mnie dwie propozycje: jedną – pracy w Łódzkim Towarzystwie Naukowym, a drugą – wyjazd na studia języka arabskiego do Bagdadu.

Nie miał Pan wcześniej styczności z kulturą Bliskiego Wschodu?

O języku arabskim nie wiedziałem prawie nic. O Bagdadzie i Iraku równie mało, ale propozycję wyjazdu na studia przyjąłem. Zakończyłem rok szkolny w Kozienicach, a na następny już byłem na uniwersytecie w Bagdadzie. To była wielka przygoda – taki skok na głęboką wodę do basenu bez świadomości, czy jest w nim woda. Początek był bardzo trudny, ponieważ poza szkolnym rosyjskim nie znałem żadnego języka obcego. W pokoju bagdadzkiego akademika mieszkaliśmy w ośmiu: mój kolega, drugi polski stypendysta, Niemiec, Palestyńczyk, dwóch Wietnamczyków i dwóch Irakijczyków. Wspólnym językiem był angielski i to była moja pierwsza szkoła angielszczyzny. Podobnie było na arabistyce dla cudzoziemców na Wydziale Języków Uniwersytetu Bagdadzkiego. Na tym kierunku byliśmy swoistą ONZ w miniaturze.

A jak by Pan opisał arabszczyznę?

Jest to język dość trudny z kilku powodów. Nie z powodu pisma, choć nam się wydaje, iż to taka herbata rozsypana w rządkach na papierze. To jest 29 znaków, 29 liter. Każda litera trochę inaczej pisze się na początku, w środku, na końcu wyrazu i gdy występuje samodzielnie, czyli każda litera ma cztery formy. Alfabet arabski poznałem jeszcze przed wyjazdem z Polski, ponieważ mieliśmy półtoramiesięczne zgrupowanie przedwyjazdowe w Warszawie, gdzie spotkałem drugiego stypendystę do Iraku – pochodzącego z Przedborza – Zbyszka Żelazowskiego, później świetnego tłumacza i dyplomatę w krajach arabskich. On był po trzecim roku arabistyki na UW i do końca przedwyjazdowego pobytu w Warszawie nauczył mnie alfabetu arabskiego. Arabski zapis tak, jak we wszystkich językach semickich żywych i martwych, jest zapisem „szkieletowym”. Zapisuje się tylko spółgłoski. Przy czytaniu samogłoski dodaje się wtedy, kiedy zna się gramatykę. To była pierwsza trudność, ponieważ znałem litery, chodziłem po ulicy, ale nie mogłem poprawnie przeczytać np. szyldów. Większym jeszcze problemem są dialekty języka arabskiego. Ze względu na obszar świata arabskiego – od Zatoki Perskiej do Maroka – w poszczególnych państwach arabskich mówi się odmiennymi dialektami, a w większych – jeszcze lokalnymi gwarami. Kolejną trudnością był wówczas brak jakichkolwiek materiałów do nauki w języku polskim, brak gramatyki i brak słownika. Do dziś jestem wdzięczny studentom radzieckim z Azerbejdżanu, od których miałem podręcznik gramatyki i słowniki w języku rosyjskim.

Czyli była duża różnica między arabskim, którego uczył się Pan na studiach a tym, którego używają mieszkańcy?

To, co słyszałem w dialekcie irackim w restauracji, w hotelu, w sklepie, na bazarze, a język literacki, którym mnie uczono na wykładach, to były dla mnie dwa języki. Kiedyś, po prawie roku pobytu poszedłem do dziekanatu załatwić jakąś sprawę urzędową. Swoją prośbę sformułowałem w poprawnym arabskim literackim. Sekretarki wszystko rozumiały. Tylko jak one mi odpowiadały, to ja nie rozumiałem. Ten mechanizm powtarzał się wielokrotnie przy moich późniejszych podróżach i przyznam, iż dialektów z północnej Afryki – od Libii na zachód – przez cały czas nie rozumiem. Jak bywałem w tamtych krajach, mówiłem tylko literackim arabskim, zmuszając rozmówcę do rozmowy na tym poziomie, co nie jest trudne pod warunkiem, iż rozmówca ma przynajmniej maturę. Porozumienie się z ludźmi na ulicy jest problematyczne. Plusem jest to, iż czy wezmę gazetę marokańską, omańską, jemeńską czy egipską, to czytam. Podobnie z telewizją.

Jak potoczyły się Pana losy później?

Skończyłem studia w Bagdadzie i otrzymałem dyplom. Nawiasem mówiąc, w dyplomie była interesująca uwaga: „Niniejszy dyplom nie służy jako podstawa do zatrudnienia w Iraku”. To jest forma ochrony własnego rynku pracy. Ale zanim opuściłem akademik, to otrzymałem od naszego ambasadora w Bagdadzie propozycję pracy w ambasadzie jako sekretarz-tłumacz. Po dłuższym zastanowieniu przyjąłem propozycję. Dłuższym, bo miałem już 28 i należało się jakoś w kraju ustabilizować. Zdecydowałem się zobaczyć, jak wygląda w praktyce to, czego nauczyłem się przez te 4 lata na bagdadzkiej uczelni. Praca tłumacza w ambasadzie była dla mnie drugim uniwersytetem pod względem językowym. Poznawany na uczelni język utworów literackich, egzegezy Koranu, nauki o historii i geografii świata arabskiego należało zamienić na język gazet, pism urzędowych i język mówiony. Po dwóch latach pracy w ambasadzie trafiłem do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, gdzie mnie zatrudniono na początek w Biurze Tłumaczy, a niedługo w departamencie politycznym zajmującym się krajami arabskimi i Afryką Subsaharyjską. I w tej pracy spędziłem blisko 40 lat.

Czy aspirował Pan wcześniej do bycia ambasadorem?

Nie, to przypadek. Gdy zostałem zatrudniony w ambasadzie, to jeszcze nie myślałem o pracy jako dyplomata. Natomiast już podczas pracy w MSZ wiadomo było, iż wiąże się ona z wyjazdami do ambasad. Stamtąd wyjechałem na swoje pierwsze placówki. Byłem pierwszym sekretarzem w Kairze, parę lat później radcą Ambasady w Trypolisie, skąd wróciłem akurat na okres transformacji w Polsce. Na początku lat 90. zaproponowano mi pierwszą ambasadorską placówkę w Kuwejcie, gdzie spędziłem 6 lat. Dodatkowo miałem dwa kraje akredytacji w regionie – Bahrajn i Oman. Jeździłem tam co najmniej raz w roku, żeby podtrzymać kontakty albo załatwić jakąś sprawę. Region Zatoki, z wyjątkiem Kuwejtu, był wówczas dla nas politycznie specyficzny, bo większość państw regionu powstała po 1970 r. i pod wpływem Arabii Saudyjskiej nie utrzymywała stosunków dyplomatycznych z krajami komunistycznymi.

A jak Pan wspomina pracę jako dyrektor Departamentu Afryki i Bliskiego Wschodu?

Harówka. Departamentowi podlegały 52 dwa państwa. Żeby zostawić biurko czyste, to większość dni zdarzała się takich, iż nie byłem w stanie zdążyć do domu na dziennik telewizyjny o 19:30. Ambasady mają np. obowiązek przysyłania corocznie raportu ze swojej działalności za ubiegły rok. Ja jako dyrektor na początek byłem na tyle ambitny, iż chciałem to wszystko przeczytać. Po lekturze kilkunastu raportów zorientowałem się, iż czasowo nie jest to możliwe. Zostawiałem lekturę referentom od poszczególnych państw mówiąc: „Panowie, czytajcie i jak będzie coś ważnego – to proszę do mnie”. Po kilku latach dyrektorowania dostałem nominację do Egiptu z dodatkową akredytacją w Sudanie. A po powrocie z Egiptu w 2009 r. przeszedłem na emeryturę.

Z perspektywy czasu, czy wybrałby Pan jeszcze raz tę samą ścieżkę życiową – arabistykę i dyplomację?

Najpierw zapowiadała się ścieżka naukowa. Okazało się, iż nie było to możliwe. Najlepiej to ujął wówczas mój promotor, prof. Z. Skwarczyński, który propozycją wyjazdu na studia zmienił mój życiorys: „Panie Janie, nie zostanie Pan w tym roku na uczelni, pomyślimy o tym w przyszłości, ale w tym roku to my sobie nie możemy nawzajem w niczym pomóc, bo obydwaj do niczego nie należymy”. Profesor był bezpartyjny, ja również. Tak zostało. Być może byłaby to ścieżka całkowicie inna, bo z koniecznością zrobienia doktoratu, habilitacji, uzyskania profesury, ale przecież – patrząc dziś – historia zatoczyła pewne koło: na koniec i tak jestem wykładowcą. Także, gdy już zostałem etatowym pracownikiem Ministerstwa, to nie szukałem niczego innego.

Co było najcięższym i najprzyjemniejszym elementem pracy dyplomaty?

To jest praca specyficzna. Z przerażeniem stwierdzam, iż w polskiej dyplomacji wzrasta liczba ludzi z przypadku i znajomości, a bez profesjonalnego przygotowania. Tacy byli zawsze, ale mam wrażenie, iż w zdecydowanie mniejszej ilości. Ta praca wymaga łatwości w nawiązywaniu i utrzymywaniu kontaktów. Wymaga prawdomówności, bo dyplomata wprawdzie nie może mówić wszystkiego co wie, ale ma wiedzieć, co mówi i to, co mówi, ma być prawdziwe. jeżeli nie będzie miał dobrej opinii w Korpusie Dyplomatycznym i w kraju urzędowania, to straci, bo przestanie być wiarygodnym partnerem do rozmowy. Druga sprawa, iż niczego nie można zaplanować. Jak przychodzę do pracy rano, to mam na dany dzień czystą kartkę w kalendarzu. No chyba, iż wcześniej sekretarka umówiła mi jakąś wizytę, ale i to nie jest żadnym pewnikiem. Wystarczy jednak, iż otrzymam poranną pocztę z ministerstwa ze sprawami pilnymi do zrobienia i już kalendarz się wypełnia. Pozytywy? Poznaje się setki ludzi. W Kairze jest około 160 ambasad i jak dostawałem zaproszenia na święto narodowe każdego z tych państw, to niech Pani policzy, ile wieczorów w roku było z góry zajętych. Ale te przyjęcia to miejsca pracy. Trzeba sobie wybrać regiony i tematy szczególnego zainteresowania oraz dobrać rozmówców. Znajomość specyfiki kraju urzędowania i jego spraw wewnętrznych to elementarz. Trzeba temu poświęcić sporo czasu i pracy.

Czy były sytuacje, w których znajomość lokalnych zwyczajów okazała się ważniejsza niż wiedza polityczna i urzędowa?

Dziś to jest tak, iż na dobrą sprawę, to choćby nie trzeba znać lokalnego języka. Bo istnieją dwa, trzy języki międzynarodowe, którymi można się porozumieć w każdym regionie świata. Jednak znajomość języka lokalnego i znajomość miejscowych obyczajów otwiera zupełnie inne drzwi. Podam taki przykład: moja praca w dyplomacji dzieli się wyraźnie na dwie połowy – połowa w czasach PRL-u i połowa w czasach III Rzeczypospolitej. Podczas pierwszego pobytu w Kairze zastał mnie tam „karnawał Solidarności” w Polsce. Ponieważ byłem sekretarzem ds. prasy i kultury, to przyglądałem się temu, co piszą i mówią o nas miejscowe media. Kiedyś wezwał mnie ambasador i polecił interwencję w głównym egipskim dzienniku – „Al-Ahram”, bo napisali szkalujący artykuł o Polsce, na który trzeba było zareagować. Przeczytałem artykuł, wypisałem główne tezy i poszedłem z wizytą do kierownika wydziału zagranicznego gazety. Zorientowałem się, iż nie był to oryginalny artykuł, tylko tłumaczenie z brytyjskiej prasy. Myślałem sobie, iż idę na trudną rozmowę z protestem, ale przecież wiele z tez tego artykułu było prawdziwych. Tak w Polsce rzeczywiście było. Ale nie dało się ukryć, iż artykuł był złośliwy. Tak się złożyło, iż moja wizyta wypadła w miesiącu muzułmańskiego postu – Ramadanu, kiedy muzułmanie od świtu do zmierzchu nie jedzą, nie piją i nie palą papierosów. Redaktor jako gościnny Egipcjanin zapytał mnie, czego się napiję i poczęstował papierosem. Zapytałem go czy pości. Odpowiedział: „No tak, jestem muzułmaninem”. Podziękowałem mu za propozycję napojów i papierosa stwierdzając, iż przyłączę się do jego postu na czas naszego spotkania. Atmosfera rozmowy zmieniła się zasadniczo. Nie tylko załatwiłem swoją sprawę, ale redaktor sam przyznał, iż przedrukowywać złośliwości nie należy. Były przez cały czas publikowane krytyczne artykuły o Polsce, ale nie było w nich złośliwości.

Ile pracy dyplomatycznej odbywa się podczas oficjalnych spotkań, a ile podczas prywatnych rozmów przy kawie czy kolacji?

W moim przekonaniu nie ma nie ma reguły. Wiele spraw uzgadnia się albo inicjuje w prywatnych rozmowach, a finiszuje się dopiero w oficjalnych. Ale te prywatne kontakty niezmiernie pomagają, ponieważ budują zaufanie. Stąd istnieje konieczność podtrzymywania kontaktów. Ja ciągle powtarzam, iż dyplomata połowę czasu powinien spędzać poza swoim urzędem. Gdy go zapraszają, powinien przyjmować zaproszenia i sam zapraszać do siebie. Bardzo ważne są zawsze przyjęcia z okazji świąt narodowych.

Wracając do świata arabskiego, czy jest coś, co Europejczycy szczególnie błędnie rozumieją w kulturze Bliskiego Wschodu?

Jeśli mówimy o Europejczykach, to ja bym tu wyodrębnił rodaków. To jest dla mnie dziwne, bo Polska obok Hiszpanii była najstarszym krajem europejskim z bezpośrednimi kontaktami ze światem muzułmańskim. My mieliśmy przez 3-4 wieki okresy pokoju i wojny z Turkami i Tatarami. Do świata arabskiego może nie jeździliśmy, ale mieliśmy jakieś pojęcie o nim. Nie wiem, jak jest w Hiszpanii, która choćby do języka przejęła mnóstwo słów arabskich (my też mamy słownictwo orientalne w polszczyźnie). Ale jakoś po okresie rozbiorów ta wiedza o muzułmańskich sąsiadach zniknęła z wiedzy społecznej w Polsce. Dziś mamy ponownie mnóstwo Polaków, którzy jeżdżą do tego świata jako turyści, jako pracownicy, jako biznesmeni. Od końca lat 60-tych do połowy lat 90-tych mieliśmy na Bliskim Wschodzie kilka firm i wielotysięczne gromady pracujących tam Polaków. Gdy organizowaliśmy słynne wybory 4 czerwca 1989 r. w Libii, to było tam prawie 10 tysięcy polskich pracowników. Po agresji irackiej na Kuwejt w 1990 r. trzeba było z obu państw ewakuować ponad 3 tysiące Polaków. Ze zgromadzonej wówczas zbiorowo i indywidualnie wiedzy pozostało bardzo niewiele. My się wobec świata arabskiego ciągle posługujemy stereotypami. Ze względu na konflikt arabsko-izraelski w zachodnich mediach od lat brakuje obiektywizmu w prezentacji świata arabskiego. Jest on ukazywany zwykle w negatywnym świetle: Arab to terrorysta. Dziennikarze, którzy piszą o tym konflikcie są niedouczeni. Przepisują z prasy zachodniej niemalże żywcem. Środowiska arabistyczne są niewielkie. Ja mówię o tym w swoich wykładach, pokazuję te stereotypy, zwracam uwagę, iż to nieprawda. Ale to jest rola dla
mediów.

W latach właśnie 2004-2008 był Pan ambasadorem Polski w Egipcie, czyli kilka lat przed wybuchem Arabskiej Wiosny. Czy już wtedy dostrzegł Pan narastające niezadowolenie z rządów Hosniego Mubaraka?

Byłem przekonany, iż społeczny wybuch w Egipcie nastąpi. O tym rozmawialiśmy w Korpusie Dyplomatycznym i z niektórymi Egipcjanami. Jednego nie wiedzieliśmy: kiedy? Czy to będzie za parę miesięcy, czy za parę lat. Ale rządy Mubaraka to były rządy autokratyczne, a nie twarda dyktatura. Kiedy się zaczęło psuć? Moim zdaniem, kiedy Mubarak zaczął forować swojego syna jako następcę. Dziennikarze egipscy choćby wymyślili neologizm w języku arabskim. Po arabsku „malikija” to znaczy „coś królewskiego”, „dżumhurija” to jest „republika”. A oni wymyślili słowo „dżumlukija”, czyli „republika królewska”, zwłaszcza gdy młody Mubarak został szefem partii rządzącej. Mubarak nie był zresztą wyjątkiem pod tym względem. To samo robili przywódcy Libii, Syrii, Jemenu. Głowy państw obrały kierunek tworzenia „politycznych dynastii”.

Wojna w Zatoce Perskiej zakończyła się w 1991 roku. Pan trzy lata później pełnił tam funkcję ambasadora. Jak przedstawiała się sytuacja Kuwejtu świeżo po konflikcie?

Kuwejt nie był szczególnie zniszczony, ale rozkradziony już tak. Syn Saddama Husseina polecił zgarnąć wszystkie samochody z salonów sprzedaży w Kuwejcie i założył własny salon w Bagdadzie. To klasyczny przykład, iż i jak rozkradano. Natomiast rząd zdążył zbiec do Arabii Saudyjskiej. Armia kuwejcka w stosunku do potencjału militarnego Iraku nie miała szans. Inwazja trwała krótko. Ale wycofując się z Kuwejtu Irakijczycy podpalili szyby naftowe, które płonęły przez kilka miesięcy zanim je ugaszono, bo na początku nie było sposobu na to. Rząd wrócił po niecałym roku. Polska, która była jednym z pierwszych krajów, które nawiązały stosunki dyplomatyczne z Kuwejtem po uzyskaniu niepodległości przez ten kraj, nie uznała aneksji irackiej, mimo iż mieliśmy 3 tysiące ludzi w Iraku, których trzeba było ewakuować. Co zrobiliśmy? Wysłaliśmy naszego chargé d’affaires z Kuwejtu do Arabii Saudyjskiej, żeby był akredytowany przy rządzie kuwejckim na wygnaniu. Był to polityczny mechanizm znany nam z doświadczeń historycznych II wojny światowej. Kuwejtczycy do dziś pamiętają, iż należeliśmy do nielicznych państw, które akredytowały swojego dyplomatycznego przedstawiciela w Rijadzie, mimo iż w tamtym czasie nie mieliśmy stosunków dyplomatycznych z Arabią Saudyjską. To nastąpiło później. Kuwejtczycy ponieśli podczas wojny znaczne straty finansowe. Kuwejt był pierwszym państwem, które zrozumiało, iż ropa naftowa kiedyś się skończy. W związku z tym, co zrobili? Nadwyżkę eksportową z ropy składali na specjalne konto, które nazywali ładnie Funduszem Przyszłych Pokoleń i było ono poza budżetem państwa (rząd mógł z funduszu pożyczyć, ale musiał oddać pożyczkę). Przewidywano bowiem, iż jak już ropy nie będzie, to dalej będą środki finansowe, bo fundusz inwestuje na całym świecie i uzyskuje dochody. To rozpoczęło się jeszcze w latach 70-tych. Sam pobyt emira, całej rodziny panującej i rządu na wygnaniu generował spore koszty. Kuwejtczycy musieli także zapłacić Amerykanom za wyzwolenie. Oprócz tego kupili za 12 miliardów dolarów sprzęt wojskowy w Ameryce, choć nie mieli ludzi do jego pełnego wykorzystania – był to jeden z elementów wdzięczności. Niemniej Kuwejt stosunkowo gwałtownie wrócił do swojej sytuacji sprzed wojny. w tej chwili mogę stwierdzić, iż nie jest to kraj wiodący w regionie. adekwatnie z sześciu arabskich monarchii Zatoki, które w 1982 r. utworzyły Radę Współpracy Państw Zatoki, głównymi – politycznie i finansowo – są Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Katar. Nie wiem co jest powodem, iż kiedyś Kuwejt, wiodące państwo w Zatoce, dziś jest w drugim szeregu.

Wiem, iż w wywiadach stara się Pan unikać komentowania bieżącej sytuacji na Bliskim
Wschodzie, ale chciałabym zapytać jako człowieka przez wiele lat związanego z tym
regionem, o Pańskie zdanie na ten temat.

Trwająca w Zatoce Perskiej wojna jest wojną Izraela i Stanów Zjednoczonych z Iranem. Podzielam komentarze, które mówią, iż do wojny prezydent Trump został namówiony przez premiera Netanjahu. Wojna rozpoczęła się 28 lutego bieżącego roku. Netanjahu był w połowie lutego z wizytą w Waszyngtonie. Izrael sam posiada broń atomową, ale nikt tej kwestii na forum międzynarodowym nie podnosi, w Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej – też nie. Niektórzy analitycy twierdzą – mówię o komentarzach, bo to nie jest wiedza źródłowa – iż Izrael dysponuje arsenałem 80-90 głowic atomowych i poważnym ośrodkiem nuklearnym w Dimona, na południe od Tel Awiwu. Są politycy izraelscy, którzy już grozili użyciem tej broni, a jednocześnie premier Netanjahu od wielu lat powtarza nieustannie, iż w ciągu najbliższych tygodni Iran będzie miał bombę atomową i to będzie stanowić egzystencjalne zagrożenie dla Izraela. Nawiasem mówiąc, pierwszy reaktor irański jest pochodzenia amerykańskiego, dostarczyli go Amerykanie jeszcze za czasów szacha. Iran ma program nuklearny. Ma także pierwszą w regionie elektrownię atomową zbudowaną przez Rosjan (drugą zbudowali niedawno Koreańczycy w Zjednoczonych Emiratach Arabskich). Twierdzi, iż ten program ma charakter pokojowy. Nikt mu nie wierzy, mimo iż powołuje się na tzw. fatwy, czyli werdykty religijne swych przywódców. Zarówno ajatollah Chomejni, jak i jego sukcesor – Chamenei takie werdykty wydali (ten drugi został zabity izraelską rakietą w pierwszym dniu wojny). Ale Iran w swych instalacjach nuklearnych wzbogacał uran do poziomu znacznie wyższego niż może być wykorzystany w energetyce czy medycynie. Specyficzny system rządów teokracji szyickiej w Iranie ma wiele wad, co widzi także społeczeństwo irańskie. Pozornie jest demokracją, z powszechnymi wyborami prezydenckimi i parlamentarnymi. Ale przed wyborami specjalna komisja przegląda listy kandydatów i skreśla wszystkie nazwiska, które nie odpowiadają najwyższemu przywódcy, bo do niego należy ostatnie słowo we wszystkich ważnych sprawach kraju. Iran od lat jest obłożony przez USA sankcjami gospodarczymi. Ma olbrzymie trudności ekonomiczne. W związku z tym, pod koniec grudnia ubiegłego roku wybuchły w Iranie protesty społeczne. Ludzie wyszli na ulicę. Te protesty skończyły się krwawo. Nikt nie wie tak naprawdę, ile osób zginęło. Liczbę ofiar ocenia się od 3 tysięcy do 30 tysięcy. W lutym premier Izraela przekonywał prezydenta Trumpa, iż jeżeli teraz podejmie się zdecydowane działania militarne, łącznie z fizyczną likwidacją najwyższego przywódcy i przynajmniej części dowódców wojskowych, to reżim się zawali. Fizycznie przywódcę i wojskowych zlikwidowano, ale reżym i państwo przetrwały. Wywiad izraelski miał doskonale rozpracowaną wiedzę, gdzie oni się znajdowali, ale nie miał wiedzy o tym, co jest w głowach Irańczyków. Po pierwszych tygodniach wojny i zniszczeń w Iranie, Izrael praktycznie wycofał się z działań zbrojnych, bo resztę z jego planów zniszczenia Iranu realizują Stany Zjednoczone, a prezydent Trump nie wie jak się z konfliktu wycofać.

Jak Pan ocenia przyszłość tego konfliktu?

Gdyby to była tylko wojna z Iranem, to można by powiedzieć, iż to konflikt regionalny. Tylko, iż ta wojna dotyczy szlaków przewozu ropy naftowej. Większość jej eksporterów to państwa Zatoki Perskiej z Iranem włącznie. Wyjście z tej Zatoki jest przez wąską cieśninę Ormuz, przez którą przed wojną eksportowano dziennie około 20% światowego handlu ropą. Ze względu na wojnę ceny ropy wzrastają, co widzimy na naszych stacjach benzynowych. Iran uważa, iż poprzez blokadę Ormuz wpływa negatywnie na sytuację Stanów Zjednoczonych, bo ceny paliw rosną także w USA. Amerykanie patrzą, ile płacą dolarów za galon. Świetny emigracyjny irański dziennikarz, którego czytam w anglojęzycznej prasie saudyjskiej, określa to, co się dzieje w Zatoce jako „tragikomiczne”. Dlaczego? Bo rzeczywiście z jednej strony wynikałoby, iż z wyjątkiem pewnych okresów nie ma działań zbrojnych. Ale nie ma też porozumienia. Takie było w czerwcu, ale trwało krótko, ponieważ z jednej strony jest prezydent, który „jest najlepszy i odnosi tylko sukcesy”. Uważa też, iż blokadą portów i nałożonymi wcześniej sankcjami zmusi Irańczyków do poddania się. A z drugiej strony jest Iran, który te sankcje przeżywa już którąś dekadę i uważa, iż może czas jest po jego stronie. Gdyby rozsądnie popatrzeć na ten konflikt, to nie powinno być problemu z otwarciem cieśniny Ormuz. Wystarczyłoby, aby obie strony wróciłby do status quo ante, czyli do sytuacji sprzed wojny. Jedni wycofują blokadę, a druga strona nie ostrzeliwuje tankowców. Czy to nastąpi? Nie wiem i nie próbuję spekulować.

Czy czuł się Pan kiedyś zagrożony podczas pełnienia funkcji dyplomaty?

Tak. Zwłaszcza w krajach, gdzie może się Pani spodziewać zamachów, jest takie zagrożenie. Nie będę wchodził w szczegóły, ale powiem, iż takie zagrożenia, zwłaszcza na tak zwanym globalnym południu istnieją. I trzeba je wliczyć w zakres obowiązków profesjonalnych.

Za czym Pan tęsknił podczas tych kilkuletnich pobytów za granicą najbardziej?

Raczej nie tęskniłem za szarugą jesienną i zimnem podczas polskich zim. Za to trzeba było znosić upały w krajach arabskich, a w regionie Zatoki Perskiej to zdecydowanie powyżej 40 stopni. Do lokalnej kuchni, zresztą smacznej, też można przywyknąć. Choć, gdy przyjeżdżaliśmy z żoną na urlopy do Polski, to pierwszą rzeczą po odstawieniu walizek w domu było pójście na polski obiad do pobliskiej restauracji.

Jak spędza Pan ten okres wolny od pracy zawodowej?

Nie mam wolnego czasu. Wraz z przejściem na emeryturę pomyślałem sobie, iż coś mógłbym przekazać, zwłaszcza młodym ludziom, z tego doświadczenia 40 lat pracy w MSZ oraz zajmowania się światem arabskim i muzułmańskim. adekwatnie przez te wszystkie lata jestem wykładowcą. Wykładam na Podyplomowych Studiach Polityki Zagranicznej. Mówię o Bliskim Wschodzie, bo o tym regionie mam jakąś wiedzę. Ciągle obserwuję i czytam o bieżących wydarzeniach. Codziennie poświęcam sporo czasu w oglądanie telewizji arabskich i na lekturę prasy arabskiej w internecie. Raz w tygodniu chodzę do biblioteki, która ma zachodnią prasę papierową i mogę tam poczytać po angielsku czy po francusku o tym, co się dzieje, żeby nie mieć wiedzy tylko z jednego źródła. Po paru latach pocztą pantoflową od słuchaczy rozeszło się, iż jest ktoś, kto może powiedzieć coś o świecie arabskim i wydarzeniach, które tam się dzieją. Mam więc sporo propozycji wykładów, zwłaszcza na Uniwersytetach Trzeciego Wieku.

Bardzo dziękuję Panu za rozmowę.

→ Rozmawiała: Julia Olszewska

2.01.2019

• na zdjęciu: Jan Natkański, foto: Arvind Juneja, dzięki uprzejmości witryny „Raport o stanie świata”

Jan Natkański (ur. 1941 r. w Honoratowie) – polski dyplomata i arabista. Absolwent Uniwersytetu Łódzkiego, studiował również język i kulturę arabską na Uniwersytecie Bagdadzkim. Z Ministerstwem Spraw Zagranicznych związany od 1969 r. Pracował na placówkach dyplomatycznych w Iraku, Egipcie i Libii. W latach 1994–2000 był ambasadorem RP w Kuwejcie, akredytowanym również w Bahrajnie i Omanie, a w latach 2004–2008 ambasadorem RP w Egipcie, z dodatkową akredytacją w Sudanie. W latach 2001–2004 kierował Departamentem Afryki i Bliskiego Wschodu MSZ. Specjalizuje się w problematyce świata arabskiego i stosunkach międzynarodowych.

Julia Olszewska (ur. 2005 r. w Opocznie) – studentka Uniwersytetu Wrocławskiego na kierunku „Kultura i praktyka tekstu, twórcze pisanie i edytorstwo”. Absolwentka VII LO im. Juliusza Słowackiego w Warszawie. Uczestniczka Młodzieżowego Kursu Reportażu organizowanego przez Polską Szkołę Reportażu. Publikuje na portalu „Skrzyżowanie”. Interesuje się poezją, reportażem, językoznawstwem oraz szeroko pojętą komedią.

• więcej wywiadów „Gazety Trybunalskiej”: > tutaj

Читать всю статью