Kolumna Rosomaków jedzie do niewielkiego osiedla. Po chwili eksplozja miny wyłącza z ruchu pierwszy z trzech pojazdów. Gdy załoga drugiego otwiera tylne włazy, by wyjść i sprawdzić rozmiar szkód, rozlega się wysoki dźwięk elektrycznego silniczka. Dwa niewielkie drony FPV wlatują do otwartego Rosomaka. Ich eksplozja wyłączyłaby z użycia kolejny transporter, zabijając ludzi w środku…
Zdjęcie ilustracyjne.
– Oto realia współczesnego pola walki, na którym pojazd opancerzony coraz częściej staje się celem wykrytym, śledzonym i niszczonym z powietrza – komentuje kapitan, dowódca Kompanii Bezzałogowych Systemów Uzbrojenia (KBSU) z 17 Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej. Jego podwładni ćwiczą na poligonie w Wędrzynie, w tamtejszym ośrodku zurbanizowanym. Szkolenie odbywa się w ramach pilotażu programu „Model 44”, który jest prowadzony w 17 oraz 12 Brygadzie Zmechanizowanej. Założeniem projektu jest połączenie możliwości klasycznych pododdziałów z nowymi systemami bezzałogowymi.
Pluton z KBSU – zajmujący górne piętra kilku budynków i składający się głównie z operatorów dronów – odpiera atak typowego zmotoryzowanego pododdziału, wyposażonego w KTO Rosomak. – W naszych działaniach stosujemy gradację – tłumaczy sierżant, zastępca dowódcy broniącego się plutonu. – Najpierw niszczymy najważniejsze cele, w tym przypadku Rosomaki, potem przystępujemy do eliminacji siły żywej.
– Widzieliśmy ich już od dawna – zdradza podoficer. – Trzy grupy i trzy wozy. Właśnie zniszczyliśmy ostatni z nich – raportuje chwilę później.
– Teraz czas na ludzi? – upewniam się, otrzymując w odpowiedzi skinienie głową. – Pewnie choćby nie zdołają podejść pod wasz budynek – stwierdzam, zerkając na siedzących pod ścianą operatorów z twarzami skrywanymi przez gogle.
– No cóż… – Mój rozmówca wzrusza ramionami.
– I tak to mniej więcej wygląda – podsumowuje sytuację gen. bryg. Sławomir Kocanowski, dowódca 17 WBZ. – Wygrywa ten, kto widzi więcej i szybciej rozumie sytuację na polu walki, kto może dalej i precyzyjniej razić przeciwnika, ale też skuteczniej chronić własnych żołnierzy.
Mniej luf nie znaczy mniej siły
Właśnie takie idee przyświecają programowi „Model 44”, który – wedle założeń – ma zmienić sposób funkcjonowania batalionów bojowych Wojska Polskiego. Przez dziesięciolecia ich siłę mierzono przede wszystkim liczbą czołgów, bojowych wozów piechoty i transporterów opancerzonych. Opracowany w Sztabie Generalnym Wojska Polskiego „Model 44” odwraca tę logikę. Wychodzi naprzeciw wnioskom z najnowszych wojen, głównie tej z Ukrainy, które jasno pokazały, iż o powodzeniu działań coraz częściej decyduje nie liczba luf, ale szybkość pozyskania informacji i tempo reakcji.
Przy czym „Model 44” już dawno wyszedł poza ramy teoretycznej koncepcji. Od niemal roku w dwóch batalionach – w 17 WBZ i w 12 BZ – trwa pilotaż programu. W jego ramach objęte eksperymentem jednostki przeszły reorganizację: jedna z czterech kompanii zmotoryzowanych została zastąpiona Kompanią Bezzałogowych Systemów Uzbrojenia. W efekcie liczba bojowych wozów piechoty spadła z 58 do 44, ale w ich miejsce pojawiły się nowe zdolności: rozpoznanie z powietrza, amunicja krążąca, drony FPV, środki walki z bezzałogowcami oraz systemy pozwalające przekazywać obraz z pola walki niemal w czasie rzeczywistym na stanowiska dowodzenia.
– Skutek tych zmian jest taki, iż dziś, na poziomie batalionu, dzięki amunicji krążącej Warmate możemy razić na 30 km – zapewnia gen. Kocanowski. – W dotychczasowej strukturze zasięg skutecznego oddziaływania wynosił około 12 km, bo takie możliwości daje moździerz Rak – wylicza dowódca 17 WBZ.
– Tylko czy siła tych uderzeń odpowiada mocy 14 utraconych luf? – dopytuję.
– Przewyższa ją – do rozmowy wraca dowódca KBSU. – Poza klasyczną amunicją krążącą mamy setki dronów FPV i w obrębie tego arsenału mnóstwo możliwości konfiguracji ładunków. Różnych typów – kumulacyjnych, odłamkowych, termobarycznych, przeciwpancernych – i różnej masy. Możemy je zrzucać z dronów, możemy wykorzystywać drony w trybie kamikadze, w każdym z tych przypadków, korzystając z możliwości precyzyjnego namierzania celów z dużej odległości.
To właśnie ta zmiana wydaje się najważniejszą zaletą „Modelu 44”. Dron to nie tylko oczy, ale także pierwszy środek rażenia dla nowego batalionu. Zanim piechota ruszy do natarcia, zanim Rosomaki wyjadą na otwartą przestrzeń, dowódca już wie, gdzie znajduje się przeciwnik, jak jest liczny i czym dysponuje. I co najważniejsze – może tego przeciwnika zdemolować, a co najmniej zdezorganizować jego szereg, zanim dojdzie do walki w kontakcie.
Głębszy wgląd, szybsza analiza
Równie istotna jest zmiana sposobu zdobywania informacji. Jeszcze niedawno rozpoznanie w głębi ugrupowania przeciwnika wymagało wysyłania patroli, które często działały w izolacji i podejmowały ogromne ryzyko. W „Modelu 44” ich rolę w dużym stopniu przejmują bezzałogowce. – Żołnierz jest zawsze najcenniejszym elementem systemu. o ile sprzęt może wykonać zadanie, po co narażać ludzi? – pyta retorycznie dowódca 17 WBZ.
Oczywiście dron ma swoje ograniczenia – nie weźmie „języka”, jeńca, od którego można by wyciągnąć przydatne informacje. Ale może operować głębiej niż klasyczny pododdział rozpoznawczy. – FlyEye, którymi dysponuje jeden z moich plutonów, prowadzą rozpoznanie na głębokości 30–40 km – zapewnia dowódca KBSU. – A dzięki retransmisji sygnału możemy to robić znacznie dalej. W praktyce ograniczają nas możliwości baterii. Na jednym zestawie akumulatorów FlyEye może pozostawać w powietrzu około 150 minut. A i tak nie jest to ostateczna granica – tę definiują też umiejętności operatora. Podczas szkolenia piloci FlyEye uczą się nie tylko obsługi systemu, ale także podstaw meteorologii i aerodynamiki. Potrafią wykorzystywać prądy termiczne, by niosły płatowiec bez konieczności uruchamiania silnika. Ograniczają zużycie energii, wydłużają czas lotu i mogą sięgać głębiej w ugrupowanie przeciwnika.
Co się dzieje ze zdobytą informacją? Oprogramowanie, na którym działa sprzęt KBSU, wykorzystuje algorytmy sztucznej inteligencji. Te w ciągu kilku sekund potrafią w zebranym materiale wykryć sylwetki ludzi, policzyć pojazdy i wygenerować ich współrzędne. – Dzięki temu operator drona od razu wie, co widzi – tłumaczy kapitan stojący na czele pilotażowej kompanii.
To właśnie dlatego w rozmowach o „Modelu 44” tak często powraca słowo „informacja”. Dron – i jego sensory – sam w sobie nie daje przewagi. Daje ją dopiero zdolność szybkiego przetworzenia danych i przekazania ich osobie podejmującej decyzję. Dowódca – KBSU, batalionu, brygady – może zestawić je z informacjami z innych źródeł i zdecydować, czy cel obserwować dalej, przekazać go innemu pododdziałowi, czy natychmiast wydać rozkaz jego zniszczenia.
Piechur i Rosomak odchodzą do lamusa?
Jednak choćby najlepszy sprzęt byłby niczym bez obsługujących go żołnierzy. Budowanie pilotażowej kompanii nie zaczęło się od zdania Rosomaków i wydania nowego sprzętu. Nie była to też zwykła zmiana etatów. Do nowego pododdziału przeprowadzono kwalifikacje w całej brygadzie, szukając osób o odpowiednich predyspozycjach.
– Wiedzieliśmy, iż do kierowania dronami FPV czy rozpoznawczymi, najlepiej nadają się młodzi ludzie. W dobie konsol i gier komputerowych mają lepsze predyspozycje manualne – przyznaje dowódca KBSU. Jego kompania nie składa się jednak wyłącznie z najmłodszych żołnierzy 17 WBZ. – Bardzo ważni są doświadczeni podoficerowie i dowódcy. To oni przekazują operatorom to, czego nie da się nauczyć przy konsoli – zasady taktyki, działania w terenie czy dyscypliny – podkreśla oficer.
Sam talent również nie wystarczy. Szkolenie operatora rozpoczyna się od symulatorów, które wiernie odwzorowują zachowanie prawdziwych maszyn. – Żołnierz musi spędzić na nich co najmniej 20 godzin, zanim zacznie latać prawdziwym dronem. Dopiero później uczy się reagowania na wiatr, zakłócenia sygnału czy działania przeciwnika – mówi dowódca kompanii. – To żmudny proces szkolenia, trwający setki godzin. Staramy się latać co dwa dni, czasem codziennie – dodaje. Z dotychczasowych doświadczeń płynie istotny wniosek. – Łatwiej wyszkolić od podstaw młodego operatora, niż zmieniać przyzwyczajenia żołnierza, który przez lata był na przykład celowniczym UKM-a. Ktoś taki po prostu ma inne nawyki – podsumowuje dowódca KBSU.
Nie oznacza to jednak, iż operator drona przestaje być piechurem. Obsługa bezzałogowców jest kolejną specjalnością, a nie zamiennikiem klasycznego wojskowego rzemiosła. Operatorzy również działają na polu walki – zajmują stanowiska, przemieszczają się, unikają wykrycia, a w razie potrzeby muszą być gotowi walczyć jak każdy inny żołnierz – karabinem. Dron ich w tym nie wyręczy.
A czy wyręczy Rosomaka? Skoro batalion ma mniej wozów bojowych, w ich miejsce drony, łatwo wyciągnąć wniosek, iż przyszłość należy do bezzałogowców – nie do klasycznych pododdziałów zmotoryzowanych (zmechanizowanych i pancernych). Dowódca 17 WBZ stanowczo się z tym nie zgadza. Jak podkreśla, filozofia „Modelu 44” jest bardziej złożona. Nie polega na zastępowaniu Rosomaków dronami, ale na takim połączeniu możliwości obu systemów, by każdy wykonywał zadania, do których najlepiej się nadaje. Bezzałogowce zapewniają rozpoznanie, obserwację i możliwość rażenia części celów przed wejściem do walki pododdziałów zmechanizowanych. Rolą Rosomaków pozostaje szybkie przerzucenie żołnierzy, wsparcie ich ogniem oraz umożliwienie piechocie opanowania i utrzymania terenu. Warunkiem jest lepsza ochrona pojazdów przed zagrożeniem ze strony dronów – zarówno poprzez środki fizyczne, jak i działania w spektrum elektromagnetycznym. To jeden z najważniejszych wniosków płynących z prowadzonego w brygadzie pilotażu.
Model wykuty na poligonie
„Model 44” nie jest gotowym wzorcem nowego batalionu. To program pilotażowy, którego zadaniem jest sprawdzenie w praktyce nowych rozwiązań i wyciągnięcie z nich wniosków, zanim zostaną wdrożone w kolejnych jednostkach. – To eksperyment – podkreśla gen. Kocanowski. – Na listopad wyznaczono nam certyfikację. Wtedy okaże się, jak funkcjonuje cały system: przepływ informacji, dowodzenie i kooperacja wszystkich nowych elementów batalionu.
– Wiadomo już, co konkretnie wymaga korekty? – pytam moich rozmówców. W odpowiedzi słyszę, iż KBSU otrzymała m.in. samochody Ford Ranger, które miały zapewnić dużą mobilność operatorom bezzałogowców. gwałtownie się okazało, iż nie wszystkie pododdziały mają takie same potrzeby. – Dla plutonu uderzeniowego i plutonu rozpoznania obrazowego Ranger jest po prostu za mały – mówi dowódca kompanii. – Obsługujemy FlyEye i Warmate. Oprócz samych płatowców musimy przewozić sprężarki, kompresory, agregaty, stanowiska kierowania GCS i cały dodatkowy sprzęt. To wszystko musi się gdzieś zmieścić.
Rozwiązaniem mógłby być zwykły bus. Zespoły obsługujące FlyEye i Warmate działają w większej odległości od przeciwnika, dlatego w ich przypadku ważniejsza od mobilności jest możliwość przewiezienia całego wyposażenia.
Sztab Generalny nie pozostaje głuchy na wnioski z 17 WBZ. – Rozważamy wykorzystanie większej platformy samochodowej – mówi gen. bryg. Grzegorz Potrzuski, szef Zarządu Planowania i Programowania Rozwoju Sił Zbrojnych – P5 w SGWP, w wywiadzie w sierpniowym wydaniu „Polski Zbrojnej”. Ta sytuacja dobrze pokazuje istotę całego przedsięwzięcia. „Model 44” nie powstaje przy biurkach. Wykuwa się na poligonie, gdzie każde ćwiczenie pozwala zweryfikować wcześniejsze założenia. o ile praktyka pokazuje, iż coś można zrobić lepiej, rozwiązania są poprawiane, zanim trafią do kolejnych batalionów.
Ponad dwie dekady temu 17 WBZ jako pierwsza w Wojsku Polskim uczyła się wykorzystywać Rosomaki. Dziś ponownie znajduje się wśród pionierów zmian – tym razem sprawdzając, jak w batalionie przyszłości połączyć możliwości klasycznych wozów bojowych z bezzałogowcami. Czy „Model 44” okaże się równie przełomowy jak wprowadzenie popularnych „rośków”? Odpowiedź przyniosą najbliższe lata.