Jest w niezgłębionym skarbcu mądrości żydowskich jedna, mało znana opowieść o cudownym wyczynie cadyka z Kołomyi. Oto w niespokojnych latach poprzedzających I wojnę światową, przez carską Rosję przetoczyła sie fala pogromów, zmuszająca wielu spokojnych ludzi do uchodźstwa. W okolicach Kołomyi cel tego uchodźstwa był i jasny, i niedaleki: mlekiem i tokajem płynąca monarchia austro-węgierska, która swoim mieszkańcom, wszystkich wyznań i narodów, zapewniała spokój, dobrobyt, a choćby niejakie swobody: w tym wolność przedsiębiorczości i handlu. W tym też kierunku udał się, zagrożony napaścią motłochu, kołomyjski cadyk, ale jako człowiek i znany, i zamożny (a zwłaszcza - jako człowiek znany z zamożności) musiał odrzucić zamiar emigracji drogą oficjalną, by nie doznać na wyżej wymienionej zamożności dramatycznego uszczerbku ze strony zachłannych czynowników, zaś migrując drogą nieoficjalną, z dokładnie tych samych powodów, był zmuszony przez pograniczne tereny - znane w legendzie ze swoich hajdamakes - przekradać się chyłkiem oraz incognito, jak przystało prawdziwemu refugee.
W ostatnim, prownicjonalnym sztetlu spotkał się z przewodnikiem, miejscowym kupcem, którego transgraniczne interesa uczyniły wytrawnym znawcą lokalnej topografii, dróg, ścieżek i tras patrolowych. Wyruszyli w drogę bladym zmierzchem, ale podeszły wiek uciekiniera, w połączeniu z urozmaiceniem krajobrazowym okolicy (mało przekształconej antropogenicznie), wywołały poważne opóźnienie w podróży, tak iż będąc dokładnie na samej granicy uchodźca i udzielający mu pomocy wolontariusz usłyszeli z oddali dźwięki czardasza i radosny śpiew nadchodzących pograniczników. A byli to żandarmi węgierscy, już w tamtych czasach i choćby w tamtych krainach słynący z bałwochwalczego kultu dla granicy państwowej i jej nienaruszalności.
W tym momencie kupiec wskazał cadykowi kierunek dalszej drogi, wstał i ruszył w stronę patrolu, okrzykując się z daleka. Wyjaśnił żołnierzom, iż po tamtej stronie granicy okulał mu koń ciągnący bryczkę, więc wraca do domu na skróty, omijając odlegle rogatki, a skoro los mu już zgotował tak miłą niespodziankę, to prosi panów żandarmów, by go do rana przenocowali w ciepłej i suchej strażnicy. Ci usłuchali chętnie i wypełnili życzenie sprawnie. Zbyt sprawnie i zbyt szybko; tak, iż kupiec, chcąc zapobiec ponownemu wyjściu patrolu w teren, musiał zaproponować im hazardową grę w oczko. I wtedy, słuchajcie, wydarzyła się rzecz niezwykła. By zapewnić bezpieczeństwo staremu, przerażonemu, zabłąkanemu wśród nieznanych wzgórz cadykowi... kupiec przegrał do austriackich pograniczników całe czterysta rubli.
Jak wszyscy pamiętamy, jedna z najważniejszych przedwyborczych obietnic Donalda Trumpa było zakończenie wojny na Ukrainie. Wszyscy wiemy też, iż największą przeszkodą w zakończeniu wojny na Ukrainie jest to, iż stała się wojną wizerunkową: jak każdy satrapa magicznie myślącego Wschodu, gdzie słowo znaczy więcej od faktu a obraz jest ważniejszy od rzeczy, którą przedstawia, Putin przyznając się do porażki uznałby się za niekompetentnego. A zatem, za niezdolnego do sprawowania władzy, ze wszystkimi konsekwencjami tego, do utonięcia we własnej wannie włącznie.
Na szczęście Donald Trump, z niewielką pomocą swojego chasydzkiego zaplecza, znalazł iście salomonowe rozwiązanie, które pozwoliło mu na spełnienie danej narodom obietnicy zaprowadzenia pokoju. Bezkrytycznie popierając przestępcze ataki Izraela na kraje muzułmańskie Trump uwikłał nieprzygotowane Stany Zjednoczone w nielegalną, niewypowiedzianą wojnę przeciw Iranowi, po czym spektakularnie tę wojnę przegrał. Przywódca światowego mocarstwa przegrał wojnę z jakimiś półdzikimi guślarzami w turbanach, przy okazji doprowadzając na stan zalamania światowy rynek paliw.
Po takiej kompromitacji USA, Putin ze spokojnym sumieniem może ogłosić kapitulację FR przed siłami zbrojnymi Ukrainy nie tylko zachowując twarz, ale choćby opinię polityka zdolnego kierować jednym z największych państw świata. Dlatego z okazji dwudniowej fety z 8 na 9 maja widzieliśmy, co widzieliśmy. I tylko jedna rzecz niepokoi, różniąc te dwie , przytoczone w moim wpisie opowieści.
C.k. żandarmi przynajmniej coś na swojej hucpie zarobili.













