Kiedy czytamy, iż „w Polsce żyje się dziś lepiej niż kiedykolwiek i nie brak nam uzasadnionych powodów do zadowolenia”, zaczynamy się zastanawiać, czy aby na pewno potrzebujemy takiej dużej dawki samozadowolenia. Przecież ambicja wymaga, abyśmy oczekiwali od siebie jeszcze więcej, abyśmy byli wobec samych siebie bardziej krytyczni, abyśmy skupili się raczej na tym, z czego zadowoleni nie jesteśmy. Może więc książka Jakuba Dymka nie jest wcale książką o ambicji?
Dymek rozpoczyna swoją Rewolucję ambicji krótkim wspomnieniem roku 1988, czyli roku, w którym – jak pisze – przyszedł na świat. W roku tym Zachód był jedynie marzeniem Polaków, a niewielu spodziewało się, iż już w 1989 r. system, który po II wojnie światowej zbudowali w Europie Środkowej i Wschodniej Sowieci, rozsypie się jak domek z kart. Na szczęście dla nas wszystkich, zawalił się, a nasi dziadkowie i rodzice wkroczyli w nową epokę: epokę gonitwy za Zachodem. jeżeli bowiem mówić o czymś, co po 1989 r. jednoczyło wszystkich Polaków, niezależnie od ich przekonań politycznych, religijnych i światopoglądowych, to było to niewątpliwie pragnienie, aby w Polsce było jak na Zachodzie! Nasi dziadkowie i rodzice chcieli żyć jak na Zachodzie, zarabiać jak na Zachodzie, cieszyć się podróżami tak jak mieszkańcy Zachodu. Trudno postawę tę krytykować, a wypowiadanie się o niej dziś – prawie 40 lat później – z politowaniem lub zażenowaniem jest przesadzone i zdecydowanie ahistoryczne. Po dekadach PRL-owskiej mizerii, szarzyzny i kompleksów nikogo nie powinno dziwić, iż Polacy chcieli nacieszyć się choćby namiastką dobrobytu. choćby jeżeli byłby okupiony opuszczeniem ojczyzny, pracą poniżej kwalifikacji w brytyjskich czy niemieckich fabrykach, tysiącami rozbitych rodzin i zostawionych na łaskę babć kilkuletnich eurosierot. Każdy, kto mógł, chciał się wreszcie odkuć, zasmakować lepszego świata, mieć coś z życia!
Dymek jednak w Rewolucji ambicji nie chce skupiać się na życiu tych milionów Polaków, którzy po 1989 r., czy też z jeszcze większą intensywnością po 2004 r., czyli po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej włączyli się do tej ekonomicznej gonitwy. Jego książka jest pisana z perspektywy roku 2026 i to właśnie Polska tu i teraz interesuje go najbardziej. O tej właśnie Polsce – o Polsce współczesnej i jak najbardziej dzisiejszej – pisze on wprost: jesteśmy już Zachodem, dogoniliśmy ich, osiągnęliśmy to, za czym pędzili przez ostatnie dekady nasi dziadkowie i rodzice! To jest główna teza jego książki, wokół której ogniskują się wszystkie inne rozważania: zarówno te dotyczące polityki migracyjnej i obecności cudzoziemców, jak i te związane z relacjami Polski z sąsiadami; zarówno te dotyczące polityki socjalnej i prorodzinnej państwa, jak i te związane z prawem pracy i normami ochrony pracowników; zarówno te związane z transformacją energetyczną i ochroną klimatu, jak i te dotyczące bieżącego sporu polityczno-partyjnego. Teza o dogonieniu Zachodu przez Polskę i Polaków organizuje kolejne konkluzje proponowane przez autora, ale jednocześnie zdaje się stawiać czytelnika przed sporym dylematem: czy aby na pewno mamy się z czego cieszyć? O tym jednak trochę później.
Autor – jak powyżej wspomniano – wychodzi od mocnej tezy, jakoby Polska dogoniła już Zachód. W związku z tym prawdopodobnie większość czytelników stanie przed pytaniem o moment, w którym to się dokonało. Zdaniem autora Rewolucji ambicji momentem zakończenia procesu systemowej transformacji był przełom lat 2015 i 2016. Ostatecznym jego zwieńczeniem było wypłacenie polskim rodzinom świadczenia „Rodzina 500+”, które w 2016 r. kosztowało budżet państwa 17,6 mld zł. Co ważne, w 2025 r. na program „800+” rząd przeznaczył aż 64 mld zł. Dlaczego ten moment powinien – zdaniem Dymka – być traktowany jako koniec transformacji, a nie tylko symboliczne dołączenie do owego mitycznego Zachodu? Uważa on, iż wprowadzenie przez rząd Beaty Szydło tego programu doprowadziło do upadku ideologii, na której polskie elity polityczne po 1989 r. oparły zarządzanie polską gospodarką i politykami publicznymi. W ideologii tej przyjmowano jako naczelny paradygmat, iż doganianie Zachodu wiązać się musi z wyrzeczeniami – jeżeli chcemy być bogaci w przyszłości, to musimy zgodzić się na „biedowanie” dzisiaj. Formowanie zdrowej i efektywnej gospodarki na wzór zachodni zakładało niejako, iż w trakcie budowania jej fundamentów Polki i Polacy muszą zaakceptować, iż nie od razu będą z tego rozwoju czerpali zyski – na zyski trzeba poczekać.
Tymczasem w 2015 r. Beata Szydło – mamy świadomość, iż jest ona tutaj jedynie personifikacją redefinicji obowiązującego w III RP metapolitycznego paradygmatu dokonanego przez Prawo i Sprawiedliwość – przekonała Polki i Polaków, iż nie muszą już czekać na te owoce, wystarczy po nie sięgnąć. Uchwalenie ustawy wprowadzającej program „Rodzina 500+” i przelanie ustalonej kwoty tego pieniężnego świadczenia przeznaczonego na polskie dzieci stało się swoistym trzęsieniem ziemi dla polskich elit politycznych. W pierwszym okresie działania programu wsparciem objęto niemalże 4 mln dzieci z niemalże 2 mln polskich rodzin i choć program – patrząc na niego długoterminowo – nie odwrócił złych trendów demograficznych, to jednak radykalnie przebudował myślenie Polek i Polaków o państwie, sprawczości rządzących i wiarygodności polityków. Z główną tezą Dymka trudno tym samym polemizować – wielu politologów w ostatniej dekadzie wskazywało na przełomowość w podejściu do relacji między rządzącymi a wyborcami, której symbolem była ta najgłośniejsza z obietnic wyborczych z 2015 r. W sposób namacalny pokazano wtedy Polkom i Polakom, iż obietnice można spełniać, iż obywatele mają prawo oczekiwać tego od władzy i iż Polskę stać na to, aby jej mieszkańcy czerpali z owoców rozwoju gospodarczego.
Idea „dogonionego” Zachodu – na co zwraca uwagę Dymek – nie jest li wyłącznie publicystyczną clickbaitową opowieścią, ale znajduje swoje odzwierciedlenie w danych gospodarczych i makroekonomicznych, szczególnie jeżeli zestawimy je z analogicznymi danymi dotyczącymi innych państw Unii Europejskiej. W sposób szczególny polska publicystyka zestawia te statystyki z niemieckimi, bo rzeczywiście – kolejny raz trzeba autorowi przyznać rację – „temat niemieckich kłopotów stał się w polskiej debacie publicznej swego rodzaju modą” (s. 27), natomiast „tysiącletni obraz Niemców runął w Polsce w zaledwie kilka lat” (s. 32). Kryzys niemieckiej gospodarki i polityczne kłopoty Niemców, których sprawczynią jest m.in. rosnąca w siłę Alternatywa dla Niemiec, zdają się utrwalać w Polkach i Polakach przekonanie, iż rzeczywiście dziś nie mamy się już czego wstydzić. Rewolucje, o których pisze Dymek – rewolucja godności, rewolucja aspiracji i rewolucja ambicji – które stały się owocem pierwszych rządów Prawa i Sprawiedliwości, przynoszą odradzanie się w Polsce narodowej dumy. Jednocześnie zaś utrwalają przekonanie, iż rozwój już zawsze będzie nam towarzyszył i iż znaleźliśmy się w takim miejscu historyczno-cywilizacyjnym, z którego już nikt i nic nigdy nas nie wyrzuci. Bardzo delikatnie mówiąc: jest to postawa przynajmniej naiwna.
Książka Dymka nie ma więc być dla nas traktatem o dobrym humorze i nastroju, jak niektórym prima facie mogłoby się wydawać. Oczywiście, miło przyjąć perspektywę, zgodnie z którą Polska jest już pełnoprawnym podmiotem relacji w świecie zachodnioeuropejskim, może cieszyć się szybszym rozwojem gospodarczym niż inne kraje naszego kontynentu, a Polki i Polacy namacalnie cieszą się efektami tego rozwoju. „Rewolucja ambicji” jest jednak summa summarum przepowiednią dość pesymistyczną. Dymek niby pokazuje nam, iż jesteśmy już częścią Zachodu, czyli de facto zrealizowaliśmy ambicje i dążenia naszych dziadków i rodziców. Z drugiej jednak strony, dobitnie udowadnia nam, iż idziemy drogą państw zachodnich również w zarządzaniu politykami publicznymi i niestety należy się spodziewać, iż za 10, a może i 20 lat będziemy borykać się z tymi samymi problemami, z którymi dziś borykają się Niemcy, Francuzi, Brytyjczycy czy Hiszpanie. Przykładem tego jest chociażby polityka migracyjna, jaką uprawiają w ostatnich latach polskie rządy. Paradoksem jest, iż „rząd, który wygrał na hasłach nieprzyjmowania uchodźców i migrantów do Polski, faktycznie otworzył im drzwi najszerzej w historii” (s. 179). Dymek pokazuje szereg faktów, danych, decyzji i przepisów, które namacalnie tego dowodzą. Nie chcę całej tej narracji przytaczać, bo jednak Rewolucja ambicji jest książką, do której warto sięgnąć i pozwolić autorowi poprowadzić się zarysowaną przez niego ścieżką.
Dla tych, którzy słuchają współprowadzonego przez Dymka podcastu „Dwie lewe ręce”, wiele tez i konkluzji, które znalazły się w jego książce, nie będzie zaskoczeniem. prawdopodobnie przynajmniej część z nich słyszeli już niejednokrotnie i domyślają się, jakie autor buduje dla nich uzasadnienia. Nie zmienia to faktu, iż udało mu się stworzyć całkiem wciągającą całość narracyjną. Co ważne, ta interesująca pozycja poświęcona współczesnej Polsce porusza szereg tematów i zagadnień, które niekoniecznie trafiają na pierwsze strony gazet, a już na pewno nie stają się tematami głównych wydań najważniejszych serwisów informacyjnych. I bynajmniej nie dlatego, iż nikt nie ogląda już w Polsce telewizji ani nie czyta gazet. Po prostu pewne tematy – i trudno się znowu nie zgodzić z Dymkiem – trudno wbijają się do medialnego mainstreamu w Polsce. Przykładem jest chociażby wspominany przez autora „klasizm, czyli emocja pogardy albo wyższości wobec innych oparta na różnicy klasowej” (s. 119) bądź „umacniający się w Polsce pogląd, iż członkostwo w UE przestało być źródłem dotacji i programów rozwojowych, z których polski biznes korzystał, a staje się źródłem regulacji, na których polski biznes traci” (s. 288). Książka Dymka pełna jest ciekawych wątków dotyczących współczesnej Polski, które warto pogłębić, by przynajmniej się nad nimi zastanowić, choćby jeżeli nie do końca podziela się jego diagnozę.
Szczerze mówiąc, kiedy sięgałem po Rewolucję ambicji, spodziewałem się większego stężenia „antylibkowych fobii” niż dostałem. Bynajmniej nie dlatego, żebym uważał Dymka za napastliwego „libkofoba”. Raczej dlatego, iż na losowo otwartej stronie książki, kiedy sięgnąłem po nią w tradycyjnej księgarni, trafiłem na akapit, w którym autor pomstuje na ten okropny liberalizm i kapitalizm, które niczym huragan przetoczyły się przez Polskę w ostatnich ponad trzydziestu latach. Jak jednak mówił klasyk: nic bardziej mylnego! Krytyka liberalizmu u Dymka jest raczej odpowiedzią na problemy, wobec których stają współczesne państwa narodowe w realiach globalnej gospodarki. To w dużym stopniu krytyka uzasadniona, jednak co do zasady – tak przynajmniej mi się wydaje – nie jest to krytyka liberalizmu sensu stricte, ale raczej tej jego wersji, która prowadzi do przekształcenia niektórych społeczeństw w zahipnotyzowane montownie bądź kosmopolityczne hordy szczurów materializmu. Liberał przywiązany do aksjologicznych źródeł tej ideologii nie będzie ślepo bronił krytykowanego przez Dymka status quo, ale raczej postawi sobie pytanie: „Jak dziś chronić jednostkę przed współczesnymi tyranami, którzy wdzierają się w nasze życie przy pomocy coraz to nowych sposobów?”. Na to pytanie co prawda Dymek nie odpowiada, ale chyba nie o udzielanie odpowiedzi chodzi mu przede wszystkim w Rewolucji ambicji.
Nie bez powodu nie odniosłem się jeszcze do podtytułu książki Dymka. Brzmi on dość niewinnie i z pozoru niekontrowersyjnie: „Jak zmienia się Polska?”. Dlaczego niewinnie i niekontrowersyjnie? Bo przecież zmiana jest naturalnym elementem życia społecznego, bo przecież zmiana to czynnik najważniejszy w rozwoju naukowym, technologicznym i cywilizacyjnym. Do zmiany jesteśmy wszyscy przyzwyczajeni i choć dzieje się ona dziś szybciej i bardziej nieprzewidywalnie niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu, to jednak trudno byłoby znaleźć takich, którzy zakwestionowaliby samą naturalność zmian. Choć Dymek w swojej książce nie rozstrzyga wielu swoich spostrzeżeń i wątpliwości, to jednak w sposób dość dobitny i bezkompromisowy odpowiada na pytanie zawarte w jej podtytule. A zatem jak zmienia się Polska? Co odpowiada autor Rewolucji ambicji? Polska zmienia się tak samo, jak zmieniały się Niemcy, Francja czy Wielka Brytania. Polska współczesna idzie dziś tą samą drogą, co inne państwa zachodniej Europy. Polska popełnia te same błędy, dopuszcza się tych samych zaniechań, jest ślepa na te same problemy i zagrożenia, godzi się na te same ryzyka.
Czy to znaczy, iż jesteśmy skazani na to, iż nasz krajobraz społeczny, polityczny i gospodarczy za 10, 20 czy 30 lat nie będzie się niczym różnił od krajobrazu społecznego, politycznego czy gospodarczego dzisiejszych Niemiec, Francji czy Wielkiej Brytanii? Czy to konieczne, aby Warszawa za 10, 20 czy 30 lat była jak dzisiejszy Berlin, Paryż czy Londyn? Pytania te przestaną wydawać się totalnie abstrakcyjne, jeżeli zdamy sobie sprawę, iż do Unii Europejskiej wstępowaliśmy już ponad 22 lata temu, a tymczasem tym, którzy bezpośrednio ten moment historyczny obserwowali – jak chociażby piszący te słowa – wydaje się, jakby zdarzyło się to zaledwie wczoraj. Warto więc pomyśleć o Polsce za 10, 20 czy 30 lat, bo w rzeczywistości to przecież już jutro.












