DLACZEGO POPIERAM MATEUSZA MORAWIECKIEGO?

solidaryzm.eu 1 день назад

Nie tylko dlatego, iż znam go od ponad czterdziestu lat. Przede wszystkim z pewności, iż żaden inny ze współczesnych Polaków nie jest w stanie dla Polski zrobić tak wiele, jak Mateusz Morawiecki.

Poznaliśmy się w latach osiemdziesiątych na konspiracyjnym spotkaniu u nieżyjącego już działacza Solidarności Walczącej Darka Kędry. Potem, kiedy studiowaliśmy w położonych obok siebie gmachach tego samego Uniwersytetu, widywaliśmy się często, choć mijaliśmy się tak, jakbyśmy się nie znali. Z prostego powodu – był synem najintensywniej w całej Polsce poszukiwanego człowieka. I wiedział, iż mając takiego ojca nader często śledzony jest przez bezpiekę, mogącą się zainteresować kimś, z kim wdałby się w choćby krótką pogawędkę. Porozmawiać sobie na ulicy mógł z każdym, kto nie był związany z konspiracją. A o mnie wiedział, iż niemal zawsze w plecaku mam coś, za co grozi więzienie. A choćby gorzej – zestawy diapozytywów dla kilku zespołów poligraficznych drukujących „Solidarność Walczącą”. Adresy, pod którymi pracowały te zespoły, na pewno bardzo zainteresowałyby Służbę Bezpieczeństwa.

Rozmawialiśmy więc tylko na konspiracyjnych spotkaniach a potem – na strajkach w roku 1988 i 1989. Kiedy w czasie tego drugiego wszystko zmierzało już w kierunku jakiegoś większego przełomu – Mateusz nadchodzący czas oceniał jako moment historycznej dla Polski szansy. Był oczywiście pełen obaw i sceptycyzmu w stosunku do kształtu zaczynających się przemian, ale przede wszystkim uważał, iż zaczyna się właśnie czas wielkiej polskiej szansy. Uważał, iż mimo, iż dziać się będzie mnóstwo rzeczy dla Polski złych, to jednak w ciągu kilku czy kilkunastu lat pojawi się szansa budowy silnej polskiej gospodarki. I iż Polacy muszą się nauczyć właśnie tego – budowania własnej ekonomicznej potęgi.

Dla mnie też już w tamtych latach sprawa ta była oczywista – położony między Niemcami a Rosją kraj o potencjale z lat PRL – u nie ma najmniejszych szans przetrwania. Albo więc ten polski potencjał powiększymy albo – czekał nas będzie nieuchronny krach. Czyli kolejna utrata polskiej państwowości. Wiedzieliśmy to obydwaj, ale Mateusz wniosek ten postanowił przełożyć na własne, bardzo intensywne działania. Postanowił sam bardzo gwałtownie i bardzo dynamicznie kształcić się w sztuce zarządzania gospodarczymi projektami największej skali. Wierzył, iż nasze pokolenie może przeobrazić Polskę w ekonomicznego (a zarazem militarnego i politycznego) gracza budzącego respekt zarówno Rosji, jak i Niemiec. Ledwie więc został magistrem historii rozpoczął (anglojęzyczne!) studia na jednej z pierwszych w Polsce uczelni kształcących wg programu MBI – utworzone za sprawą uniwersytetu z USA. Równocześnie prowadził własną, niewielką firmę przede wszystkim po to, by przedsiębiorczość poznawać w praktyce i wszystkie jej ciężary odczuwać na własnej skórze. Do dziś wspomina, iż tych pierwszych parę lat prywatnej praktyki biznesowej była dla niego lekcją bezcenną.

Natychmiast po odebraniu dyplomu magistra „Masters Business Administration” wygrał konkurs na stypendium uprawniające do studiowania na najlepszej bankowej uczelni RFN. Jedne z najbardziej obleganych i prestiżowych studiów dzięki temu miał za darmo, ale na życie już ono nie wystarczało. Ojcu, Kornelowi Morawieckiemu, po wyjściu z podziemia odmówiono powrotu do pracy na Politechnice. Rodzina ledwie wiązała koniec z końcem. Studiując na Uniwersytecie we Frankfurcie więc pracował – fizycznie. Najdłużej – dosłownie kopiąc rowy. Języka nauczy się błyskawicznie, sporą część programu zaliczył w trybie przyspieszonym. Kiedy po trzech latach odbierał kolejny dyplom magistra okazało się, iż zajął drugą najwyższą lokatę na swym roku. A tak się wyróżniającym studia podyplomowe proponują i fundują – kolejne uczelnie. Z propozycji tych Mateusz wybrał zaproszenie Uniwersytetu w Bazylei, od niepamiętnych czasów cieszącego się marką jednego z najlepszych na świecie. Do dziś zresztą powtarza, iż to w murach tej szwajcarskiej uczelni nauczył się najwięcej. A ukończył ją znów – z jedną z najlepszych lokat. Na co od razu zareagowała jedna z najbogatszych, najpotężniejszych firm z USA. W 1997 roku zaproponowała Mateuszowi Morawieckiemu pracę, która po roku ustawiłaby człowieka na całe życie. I rzeczywiście była to propozycja otwierająca perspektywę najwyższych stanowisk i wielkich pieniędzy. Tyle, iż nie w Polsce, ale za oceanem. Mateusz długo się jednak nie zastanawiał. „Na zagraniczne studia wyjechałem nie po to, żeby robić karierę za granicą, ale żeby nauczyć się tego, co potrzebne jest Polsce”. Tak uważał. Wybrał więc inną propozycję – roczny kontrakt w niemieckim centrum bankowości połączony z roczną pracą naukową na Uniwersytecie we Frankfurcie nad Menem. Po prostu – chciał od podszewki poznać działanie wielkiego biznesu jednej z trzech największych gospodarek świata i w Europie – najpotężniejszej. Krótko potem, w czasie spotkania ze swoim ojcem Kornelem Morawieckim stwierdził: „Niemcy oczywiście mają nad nami ogromną przewagę, ale też nie robią niczego, czego i my nie moglibyśmy robić u siebie. Frankfurt to ostatni etap mojej edukacji na Zachodzie. Za kilka miesięcy wracam do Polski.” Kornel odpowiedział na to krótko: „Ani przez moment nie miałem wątpliwości, iż tak właśnie zrobisz”.

Zagraniczna edukacja Mateusza Morawieckiego do złudzenia przypomina mi to, co podobnej sytuacji w XIX wieku zrobił Dezydery Chłapowski. Widząc niemiecką dominację nad polską gospodarką tamtych czasów wyjechał do Anglii, w której uczył się od najlepszych i każdego dnia podpatrywał wszystkie rozwiązania, które zapewniły im pozycję liderów. Potem z całym tym wielkim bagażem wiedzy i doświadczenia do ojczyzny wrócił i natychmiast zaczął wdrażać wszystko, czego w Anglii się nauczył. Zachęcał też do tego samego wszystkich parających się rolnictwem. Po kilku latach podupadłe majątki wielkopolskich Polaków powychodziły z długów. Po kilkunastu – przynosiły dochody większe od niemieckich.

Kiedy Mateusz Morawiecki wrócił do kraju cały polski sektor bankowy dosłownie leżał na łopatkach. Kilka lat wcześniej przekazany w ręce ludzi komunistycznych służb i partyjnej nomenklatury został doszczętnie rozkradziony i de facto stanowił już masę upadłościową. Polskie banki, zwykle za grosze, wykupywali więc potentaci bankowości zagranicznej. najważniejsze stanowiska obsadzali ludźmi ze swoich krajów, rzadko powierzając je Polakom. Tymi Polakami, których znali, byli bowiem komuniści niegodni choćby wręczenia w ich ręce łopaty. Po kupieniu banku wszystkich, setkami, wywalali na zbity pysk. I oczywiście szukali menedżerów największego formatu. Tak do banku kupionego przez Irlandczyków trafił Mateusz Morawiecki. Jego nadzwyczajne kwalifikacje były dla nich szokiem. Na wszystkich powierzanych mu stanowiskach okazywał się o wiele lepszy, niż się spodziewali. Stąd powierzali mu stanowiska wciąż wyższe i wyższe. Akceptowali przy tym jego często bardzo zaskakujące decyzje. Takie, jak troska o zatrudnionych, którym ciągle podwyższał wynagrodzenia, żądając jednak permanentnego podnoszenia kwalifikacji. Albo – nieznane nigdzie indziej przywileje dla kobiet rodzących i wychowujących dzieci. W banku Morawieckiego dostawały one coraz dłuższe pełnopłatne urlopy macierzyńskie i możliwość pracy latami na niepełnych etatach – by kontynuowanie kariery mogły łączyć z opieką nad potomstwem.

W szybkim tempie Morawiecki został dyrektorem najwyższego szczebla i członkiem zarządu banku. Kiedy na przełomie roku 2006 i 2007 Irlandczycy zrobili konkurs na nowego prezesa – Morawiecki wygrał go w cuglach. I nie pomylili się – jeden z najsłabszych banków w Polsce pod jego zarządem gwałtownie rósł, po paru latach stając się trzecim najsilniejszym w Polsce. Wszystko w czasach gwałtownego kryzysu finansowego, kiedy to Morawiecki zadziałał dokładnie odwrotnie, niż wszyscy inni szefowie banków. Tnąc koszty wszyscy bowiem zwalniali pracowników i to – tysiącami. Morawiecki – nie zwolnił ani jednej osoby. Mało kto dowierzał, iż będzie z tego cokolwiek dobrego. Ale kiedy kryzys zaczął się kończyć i inni dopiero przystępowali do odbudowy uszczuplonych kadr – bank Morawieckiego od razu rozwinął pełnię skrzydeł. Miał najsilniejsze, najlepiej opłacane i najbardziej dynamiczne kadry. I miał ofertę tak nowoczesną i tak szeroką jak nikt inny. Zyski rosły, więc nikt z zagranicznych właścicieli nie czepiał się milionów w każdym miesiącu wydawanych przez Morawieckiego na sponsorowanie dziesiątek i setek patriotycznych projektów – filmów dokumentalnych i filmowych historycznych superprodukcji, książek, tablic pamiątkowych, pomników, funduszy wspierających cierpiących nędzę weteranów walki o niepodległość i pragnącą się kształcić młodzież.

W roku 2015, od hiszpańskich już właścicieli banku zarządzanego przez Mateusza Morawieckiego, dostał on propozycję jeszcze bardziej lukratywną. Stał przed możliwością zarządzania całą siecią banków i brania miesięcznych pensji w milionach euro. Ale on od dawna już wiedział, iż najwyższa dla niego pora całość swej energii i umiejętności oddać Polsce i tylko Polsce. Dlatego jesienią 2015 prezesowską pensję w wysokości trzystu tysięcy miesięcznie zamienił na ministerialno – wicepremierowską – w wysokości kilkunastu tysięcy. A cel tego był najściślej ten sam, co przed dziesięcioleciami. Ten, o którym rozmawialiśmy w latach osiemdziesiątych. I tak to choćby wtedy Mateusz w naszej rozmowie powtórzył: „Polska musi powiększyć swój potencjał. Żeby w ogóle się z nami liczono – nasze państwo musi mieć budżet dwa razy większy. A żebyśmy mogli czuć się bezpiecznie – trzy razy większy”. I w wielkiej mierze – tego właśnie jako premier Mateusz Morawiecki dokonał. Polska odkupiła wiele przedsiębiorstw, beztrosko sprzedanych przez poprzedników. Większość polskiej bankowości – znów znalazła się w polskich rękach. Po raz pierwszy od dziesięcioleci – dług Polski pod rządami Morawieckiego zaczął się zmniejszać. Budżet z roku 2023 – był ponad dwa razy większy od budżetu z roku 2015. Te dokonania są teraz niszczone. Tym bardziej – potrzebny jest powrót Morawieckiego.

Polska albo będzie się gwałtownie rozwijać – albo nie przetrwa. A nikt (absolutnie nikt!) nie jest tak solidnym gwarantem dynamicznego rozwoju, jak premier Mateusz Morawiecki.

Artur Adamski

Читать всю статью