Czy można żyć i równocześnie dać żyć innym?
Przez lata wydawcom narodowym i prawicowym przyświecała prosta zasada: żyj i pozwól żyć innym. Była ona czymś więcej niż tylko handlową uprzejmością. Oznaczała rezygnację z drapieżnego niszczenia konkurencji, agresywnego podbierania sobie rynku czy przejmowania cudzych pomysłów. Kierując się etyką chrześcijańską, powinniśmy pamiętać, iż pieniądze nie mogą być naszym głównym celem — a już z całą pewnością nie zysk osiągany za wszelką cenę.
Z zasadą tą wiązała się również pewna niepisana praktyka. o ile jeden z wydawców odnalazł zapomniany tytuł, dostrzegł jego wartość i włożył wiele pracy oraz pieniędzy w przywrócenie go czytelnikom, inni wydawcy działający w tej samej niszy światopoglądowej nie rzucali się natychmiast na tę samą książkę tylko dlatego, iż okazała się sukcesem i ujawniła swój potencjał handlowy.
Bo przygotowanie takiego wydania nie polega przecież na ściągnięciu pliku z internetu i wysłaniu go do drukarni. Najpierw trzeba odnaleźć w cyfrowych repozytoriach albo antykwariatach wartościowy, często zupełnie zapomniany tytuł. Następnie trzeba opracować tekst, ponieść koszty redakcji, korekty, składu, druku i promocji, a na końcu przekonać czytelników, iż warto po tę książkę sięgnąć.
Dlatego z wielkim żalem obejrzałem oświadczenie Wydawnictwa 3DOM dotyczące praktyk stosowanych przez wydawnictwo Capitalbook. Tym bardziej iż wcześniej do oferty tego ostatniego trafiały kolejno liczne tytuły uprzednio wznowione i wypromowane przez Ostoję, prowadzoną przez — można powiedzieć — nestora środowiska wydawców narodowych i katolickich, pana Andrzeja Siekierżyckiego.
Przyjąłem to z tym większym smutkiem, iż wydawało mi się, iż tego rodzaju praktyki udało się już zatrzymać. Sam czyniłem w tym kierunku starania i sądziłem, iż spotkałem się ze zrozumieniem. Tym razem sprawa dotknęła Wydawnictwa 3DOM, które znajduje się przecież w trudnej sytuacji materialnej. Są rzeczy, które wprawdzie są prawnie dozwolone, a choćby bywają przedstawiane jako naturalny element tzw. wolnego rynku, ale jednocześnie pozostają w głębokiej sprzeczności z przyzwoitością. To, iż coś wolno zrobić, nie oznacza jeszcze, iż zrobić to należy.
Wszyscy wiemy, jak trudna jest w tej chwili sytuacja na rynku książki i z jakimi problemami finansowymi mierzą się niewielkie, ideowe oficyny — zarówno my sami, jak i właśnie Wydawnictwo 3DOM. W takiej sytuacji należałoby raczej oczekiwać podania ręki niż odbierania wydawnictwu kolejnych tytułów, które udało mu się odnaleźć, opracować, wypromować i z powodzeniem wprowadzić na rynek.
Książek dotyczących kwestii żydowskiej jest przecież tak wiele, iż naprawdę nie ma potrzeby sięgania akurat po pozycje odnalezione, opracowane i wypromowane wcześniej przez innych wydawców.
Sam miałem w życiu sytuację — i mogą to potwierdzić inni wydawcy — kiedy zakończyliśmy już korektę książki, po czym okazało się, iż ktoś, kogo znałem, właśnie ją wydał. Nie pozostało mi wówczas nic innego, jak zapłacić za wykonaną korektę i zrezygnować z publikacji. Formalnie nic nie stało na przeszkodzie, abym mimo wszystko ją wydał. Uznałem jednak, iż byłoby to po prostu nie w porządku.
Innym razem dowiedziałem się, iż pewne wydawnictwo publikujące niezwykle ważne książki katolickie znalazło się w poważnych tarapatach finansowych. Zamiast próbować wykorzystać jego słabość, zdecydowałem się sfinansować kolejne wydanie jednej z jego książek.
Ktoś może powiedzieć, iż z punktu widzenia bezwzględnie rozumianego biznesu jest to nieracjonalne. Że należy maksymalizować własny zysk, słabszego zgnębić, wykorzystać jego trudną sytuację i podebrać mu dobrze sprzedające się tytuły. Takie myślenie adekwatne byłoby raczej dla etyki kahalno-talmudycznej, nie zaś dla chrześcijanina.
Oczywiście osoby zainteresowane mogą, jeżeli zechcą, potwierdzić opisane przeze mnie sytuacje. Nie piszę jednak o tym po to, by przedstawiać siebie w dobrym świetle, ale po to, by pokazać, iż można pozostać w zgodzie z własnym sumieniem, a jednocześnie nie zbankrutować. Sedno problemu leży zresztą gdzie indziej.
Szczerze mówiąc, liczę po prostu na to, iż obecna sytuacja nie będzie dalej eskalować, iż zainteresowani wydawcy zdołają dojść do porozumienia, a praktyki polegające na przejmowaniu tytułów odnalezionych, opracowanych i wypromowanych wcześniej przez innych wydawców, którzy przecież doskonale się znają i operują na tym samym, wąskim segmencie rynku, odejdą w niebyt.
Na niewielkim rynku wydawnictw narodowych i prawicowych naprawdę nie musimy nawzajem się wyniszczać. Można konkurować, można się różnić, można walczyć o czytelnika — ale można to robić uczciwie, pamiętając, iż poza rachunkiem ekonomicznym istnieją jeszcze lojalność, przyzwoitość i zwykła chrześcijańska solidarność.
Przemysław Holocher

















