Znamy to przysłowie tak dobrze, iż przestaliśmy je słyszeć: czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Mamy często na myśli nawyki: kto nie nosił teczek w tornistrze, nosi potem taczki itd. Rzadziej myślimy o tym dosłownie, jako o związku niemal chemicznym: iż słowami, które słyszymy jako dzieci, dosłownie nasiąkamy i które zostają w naszej skorupce do końca. Fundacja Nowe Przestrzenie postanowiła to sprawdzić, pytając dorosłych, jakie zdania rodzicielskie i nauczycielskie pamiętają z dzieciństwa. Okazuje się, iż nasiąkanie tworzy w naszych umysłach bardzo konkretne zacieki.
71 procent dorosłych słyszy porzekadło „co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie”. W pamięci badanych częściej niż zdania typu „kocham cię”. Oprócz układu rodzinnego ze smrodem i wojewodą mamy też klasyczne „dzieci i ryby głosu nie mają” (65 procent). I „bądź grzeczny” – to też jest o milczeniu. Okazuje się, iż ten wariant o smrodzie i wojewodzie ma najsilniejszy związek testowanych fraz z wypaleniem w dorosłym życiu: 42 procent osób wypalonych zawodowo słyszało je regularnie, wobec 23 procent u osób niewypalonych. Niemal dwukrotność. jeżeli ktoś szuka dowodu na to, iż język dzieciństwa ma konsekwencje kliniczne, a nie tylko obyczajowe – voilà. No, może nie jest to dowód przyczynowy, raczej chodzi o korelacje na próbie przekrojowej, ale tych liczb nie da się zignorować. Chyba żeby jaki wojewoda tak kazał.
Przyjrzyjmy się, co leży w tej szufladzie represyjnej pedagogiki. „Dzieci i ryby głosu nie mają” mówi wprost: nie mów, dziecię, boś innym gatunkiem jeszcze. To zakaz kategoryczny, ale prosty do rozpoznania i – co ważne – z wiekiem tracący adresata, bo przecież przestajemy być dziećmi. „Co wolno wojewodzie…” mówi coś subtelniejszego i dlatego trwalszego: nie chodzi o to, iż nie wolno ci mówić, chodzi o to, iż tobie nie wolno tego, co wolno komuś, kto stoi wyżej. To nie jest zakaz mówienia, to jest lekcja hierarchii głosu. A hierarchia głosu, w przeciwieństwie do zakazu dziecięcego trajkotania, nigdy nie traci adresata, bo w każdej organizacji, w każdym zespole, w każdym urzędzie zawsze znajdzie się ktoś na miejscu wojewody. Dziecko przestaje być dzieckiem. Nikt nigdy nie przestaje być podwładnym kogoś. Mamy więc świat AD 1670.
I tak to zdanie wędruje: z domu, przez szkołę, prosto do dzisiejszego zespołu projektowego. W szkole ten mechanizm dostaje wzmocnienie instytucjonalne: wg tych samych badań tylko 17 procent dorosłych ma poczucie, iż jako uczniowie mogli nie zgodzić się z nauczycielem. Reszta uczyła się, iż racja jest funkcją stanowiska, nie argumentu. Kiedy więc dziś ktoś na zebraniu milczy, choć widzi błąd w prezentacji szefa, nie robi tego z lenistwa czy braku kompetencji. Robi to zgodnie z programem, który dostał w wieku lat siedmiu, dziewięciu, trzynastu. Siedź w kącie, a znajdą cię. Ciszej jedziesz, dalej zajedziesz: to porzekadło przestaje być radą taktyczną, a staje się instrukcją obsługi całego życia zawodowego: nie wychylaj się, bo wychylanie się w hierarchii, w której racja należy do wojewody, nigdy się nie kalkuluje. I zasadzie „nie wychylaj się” hołduje dziś połowa badanych pracowników.
Osobną, ale spokrewnioną linię tego samego nasiąkania stanowi warunkowość miłości. Aż 25 procent dorosłych słyszało w dzieciństwie zdanie „bądź grzeczny” – z podtekstem, z komunikatem, z założeniem – bo inaczej przestanę cię kochać. To piękna definicja akceptacji warunkowej. Przytakuj, bo inaczej nie będziesz z nami: to zdanie nie zawsze pada dosłownie, ale jest logiczną konsekwencją tamtego w dorosłym życiu społecznym. I pętla się zamyka: hierarchia głosu uczy, iż nie wolno ci tego, co wolno komuś wyżej; warunkowa miłość uczy, iż przynależność do grupy jest nagrodą za zgodność, a nie czymś należnym z definicji. Dorosły, który tym nasiąknął, nie musi już nikogo pilnować. Pilnuje się sam.
A jednocześnie – i to jest punkt, w którym język dotyka swoim koniuszkiem obywatelskości – jesteśmy przecież narodem, który o wolności potrafi mówić donośnie i długo. Tylko iż to zawsze wolność przeciwgrupowa: robotnicy przeciwko partii, jedna partia przeciwko drugiej, obóz prezydencki przeciwko obozowi premiera. Zawsze ktoś przeciwko komuś, zawsze w szyku, zawsze z transparentem, na którym jest „my”. Czy mamy jednak realne poczucie wolności jednostkowej, tej, która nie potrzebuje szyku, żeby zabrać głos? Sądząc po tych liczbach niekoniecznie. Wygląda na to, iż od dziecka jesteśmy przyuczani do konformizmu, tyle iż sprytnie zamaskowanego pod maską zbiorowego buntu. Można krzyczeć razem z tłumem. Można być przeciw w masce-kominiarce. Można być przeciw, kiedy ma się przewagę liczebną i wobec słabszego, najlepiej z mniejszości. Trudniej powiedzieć w cztery oczy szefowi, iż się myli.
To ciekawe, bo historycznie mieliśmy przecież ustrój, który indywidualny głos stawiał wyżej niż cokolwiek innego w ówczesnej Europie. Mieliśmy liberum veto, gdzie jeden poseł mógł unieważnić decyzję całego sejmu. Stanisław Leszczyński napisał choćby w osiemnastym wieku traktat pod tytułem „Głos wolny wolność ubezpieczający”. Tytuł brzmiał jak pochwała, choć z perspektywy czasu brzmi jak ironiczne epitafium: wolność jednego głosu, zamiast ubezpieczać wolność wszystkich, sparaliżowała państwo. Głos ten był najczęściej przekupny, grupa za nim stojąca była ukryta, wetujący krzyczał weto i uciekał za rogatki przed panami braćmi. Te grupy stojące za wetami trochę mi przypominają weta prezydenta związane z kryptowalutami, w których pan prezydent nie wydawał się nigdy specjalistą. Żeby to się jeszcze wiązało ze wspieraniem Polcoina, który w 2014 roku był bezpośrednim klonem Bitcoina i najstarszą polską kryptowalutą, mającą promować polski patriotyzm gospodarczy. Projekt ma w tej chwili charakter głównie niszowy i hobbystyczny, a weta prezydenckie nie.
Wracając do języka: może to jest nasz najstarszy paradoks językowy: umieliśmy dać nadzwyczajną moc pojedynczemu „nie pozwalam” szlachcica na sejmie, ale nigdy nie przełożyliśmy tego na codzienną, domową, klasową zgodę na to, żeby będąc dzieckiem czy pracownikiem, można było powiedzieć „nie zgadzam się” bez konsekwencji emocjonalnych czy zawodowych. Wolność przypisana głosowi możnych, warunkowa dla reszty – oto kwintesencja „co wolno wojewodzie”. I jak widać z badań FNP, tego się uczymy wcześniej niż czytania.
Idąc dalej: czy to wyposażenie pomaga nam we współczesnym świecie, w którym gerontokracja jest ideą mało adaptatywną? Popatrzmy na Globalny Ranking Innowacyjności (WIPO). Pozycja Polski: 39. Na blisko 140 krajów. Od poprzedniego roku awansowaliśmy o jedną pozycję. Pozycja w Europie: 25. Kto jest liderem zestawienia? Szwajcaria, Szwecja, USA.
Mała dygresja o pozycji nr 1. W ciągu ostatniej dekady (lata 2016–2026) w Szwajcarii przeprowadzono ponad 80 ogólnonarodowych referendów i inicjatyw ludowych na szczeblu federalnym. W Szwajcarii obywatele głosują regularnie, zwykle do 4 razy w roku, decydując o kilku różnych ustawach i poprawkach konstytucyjnych podczas jednego dnia wyborczego. Oczywiście ta liczba dotyczy wyłącznie głosowań ogólnokrajowych, więcej referendów i głosowań odbywa się na poziomie lokalnym. Czy jeden głos się tam liczy? Liczy się każdy.
To wracam do innowacji. Innowacja z definicji wymaga kogoś, kto powie na głos, iż król jest nagi, iż prezentacja szefa ma błąd, iż pomysł zespołu się nie broni, iż można rzecz wykonać inaczej niż w kluczu. A nasze złote dziedzictwo przekazuje nam, iż taka uwaga jest nie na miejscu, bo ambona już jest zajęta przez kogoś, komu wolno więcej. System, który chwali się wolnością na sztandarach, a warunkowość i hierarchię głosu wpaja w przedszkolu, nie wychowuje ludzi gotowych zgłaszać zastrzeżenia. Wychowuje ludzi gotowych do wypalenia – co te 42 procent i 23 procent nie tyle sugeruje, ile pokazuje z chłodną, statystyczną bezwzględnością. Znów ranking sprzed 3 lat: około 26% Polaków odczuwa symptomy wypalenia zawodowego, co stawia nas na pierwszym miejscu w Europie, wg McKinsey Health Institute. Przyczyny: Duża część pracowników wykonuje obowiązki niezgodne ze swoimi zainteresowaniami lub te, których nie lubi. Wpływ: Co piąty badany zgłasza całkowitą awersję do wykonywanej pracy oraz brak jasnej ścieżki kariery. A co jest powodem wypalenia? jeżeli wierzyć deklaracjom, ale dlaczegóżby mieli kłamać, to z badania platformy Jobbli wynika, iż główną przyczyną wypalenia zawodowego zdaniem Polaków jest praca z mało wyrozumiałym przełożonym i/lub zespołem (55,5 proc. ankietowanych). Co wolno wojewodzie….
Może zatem zamiast pytać co roku, czy jesteśmy wolnym narodem, warto zapytać skromniej: czy wolny jest u nas ktokolwiek poza szefem i wojewodą, proboszczem i prezesem? Bo skorupka nasiąka bardzo wcześnie, a to, czym nasiąknie w domu i w klasie, później nie potrzebuje już żadnego dekretu, żeby rządzić open space’em.
- Na koniec dodajmy, iż z punktu widzenia panów wojewodów podwładny jest głupi, oszust i godny bata. Jak czytam „satyrę na leniwych chłopów” sprzed kilkuset lat, która przedstawia metody kmieci unikających pańszczyzny, to jakbym był w dzisiejszej saunie z menadżerami.
Gdy dzień panu robić mają,
Częstokroć odpoczywają.
A robią silno obłudnie:
Jedwo wynidą pod południe,
A na drodze postawają,
Rzekomo pługi oprawiają;
(…) Wprzągają chory dobytek,
Chcąc zlechmanić ten dzień wszytek —
(…) Gdy pan przydzie, dobrze orze,
Gdy odydzie, jako gorze…
Nie wiem, czy chłopi byli wypaleni, ale jak popatrzeć na obecne zaangażowanie z ostatniego badania Gallupa, to rodzi się nieoparte wrażenie, iż nowe wraca.















![Zmarła Weronika Tymczyszyn [85 lat]](https://elubaczow.com/wp-content/uploads/2021/11/nekrolog-klepsydra-klubaczow.jpg)
