
Nie wiem, czy Bóg istnieje. Nie wiem też, czy Jezus Chrystus był Bogiem. Nie jestem jednak ateistą, bo jestem głęboko przekonany o niezwykłej sile Ewangelii, całego Nowego Testamentu.
Jak do tego doszedłem? Przez lata czytania, rozmów i rozmyślań o faszyzmie, komunizmie, totalitaryzmach i źródłach ludzkiego zła coraz mocniej dochodziłem do przekonania, iż człowieczeństwo może uratować przesłanie Jezusa Chrystusa: miłość bliźniego, miłosierdzie, przebaczenie, solidarność ze słabszym i odpowiedzialność za drugiego człowieka.
Nie potrafię powiedzieć: „wierzę, iż Chrystus był Bogiem”. Potrafię jednak powiedzieć: wierzę Ewangelii.
Widzę w niej uniwersalną moralną konstytucję człowieczeństwa. Zbiór zasad, bez których wolność, demokracja i cywilizacja bardzo gwałtownie zamieniają się w brutalną walkę człowieka z człowiekiem. W braterską wojnę. Niekoniecznie krwawą. Można przecież zabijać pogardą, kłamstwem, oszczerstwem, nienawiścią.
Niemen śpiewał, „że ktoś słowem złym zabija tak, jak nożem”. Oj, dziwny jest ten świat.
I coraz częściej pytam sam siebie: czy potrafimy jeszcze ocalić przyzwoitość?
Bo człowiek ma zadziwiający talent do deptania tych wartości, które najgłośniej wypisuje na swoich sztandarach. Można mieć Konstytucję na ustach i jednocześnie ją łamać. Można wymachiwać Dekalogiem i bez skrupułów krzywdzić drugiego człowieka. Można trzymać Ewangelię w ręku, chodzić do kościoła, klękać przed ołtarzem, a potem wyjść na ulicę i gardzić obcym, uchodźcą, słabszym, inaczej myślącym.
Można mówić o Bogu i jednocześnie zapomnieć o człowieku.
I to jest chyba największa klęska moralna naszych czasów. Nie brak nam zasad. Mamy ich aż nadto. Nie chce się nam, żeby według nich żyć.
Najbardziej boję się nie ludzi, którzy mówią: „nie wierzę”. Bardziej boję się tych, którzy są absolutnie pewni, iż Bóg stoi po ich stronie — dlatego wolno im poniżać, wykluczać, osądzać i nienawidzić.
Bo zło rzadko przychodzi dziś z napisem „zło”. Najczęściej przychodzi przebrane za dobro, patriotyzm, religię, sprawiedliwość albo obronę wartości.
A Ewangelia pozostaje bezlitosnym sprawdzianem.
Nie pyta, ile razy uklęknąłeś.
Pyta, co zrobiłeś drugiemu człowiekowi.











