Co nam zagraża naprawdę?

niepoprawni.pl 1 день назад

Słucham dyskusji, rozmów z politykami – zawsze czuję się nieswojo, używając tego określenia, gdyż trudno je kojarzyć z osobami tak nazywanymi – z osobami czynnie zaangażowanymi w życiu publicznym, gospodarczym, kulturalnym, ogólnie mówiąc, społecznym. Szkoda, iż często ktoś chce przekrzyczeć swoją tezę i powstaje dziwna kakofonia, z której trudno coś wyrozumieć. Uogólniając, trzeba stwierdzić z pewnym niedosytem, iż w tym wszystkim chodzi najczęściej o sprawy naprawdę drugorzędne, a często traktowane z punktu widzenia takiej czy innej opcji. Przy tym opcja, to po prostu stanowisko partii, czy ugrupowania.

W sumie, co to daje? Niewiele, a najczęściej zniechęcenie i przełączenie na inny kanał. Tematyka dysputy publicznej jest urozmaicona. Sporo w niej o zagrożeniach, jakie w tej chwili zdają się przybierać coraz konkretniejszą postać. Coraz bardziej jest to jakaś wojna, najgorsza ze wszystkich bo niewypowiedziana. Jakiś dron, który zmylił drogę, jakaś rakieta wystrzelona przez omyłkę. Polityka sięgająca po taki oręż to nic innego jak przeniesienie praktyk gangsterskich na płaszczyznę do niedawna chronioną prawem międzynarodowym. Cóż dziś znaczy prawo? Wystarczy przypatrzyć się temu co dzieje się u nas od 2023 roku. Prawo takie, jak je rozumie Tusk, zamieniono w system represyjny wobec każdego, kto się ośmieli krytykować reżim – trudno rządy Koalicji nazwać inaczej. Ryczący bełkot komunisty Czarzastego wpisuje się w dążenie Tuska, by wszelkimi środkami wepchnąć Polskę w tryby absolutnego samodzierżawia w jego wykonaniu. Próba wepchnięcia Berka do Trybunału Konstytucyjnego jako konia trojańskiego napotyka choćby na sprzeciw gremiów międzynarodowych jako upolitycznienie wymiaru sprawiedliwości, nota bene realizowane od początku przez reżim Tuska. Nie napotka jednak na sprzeciw izb ustawodawczych. Zniewolenie sejmu, które powoduje akceptację choćby najbardziej haniebnych pomysłów władz jest większe aniżeli w czasach PRL, kiedy nikt sejmowi nie przypisywał jakiejś autonomii prawodawczej. jeżeli to wszystko nie jest zagrożeniem dla suwerennej i demokratycznej Polski, to co nim ma być?

W sumie trudno zdecydować się, co jest groźniejsze niż atrofia państwa dokonująca się od wewnątrz prawdopodobnie pod dyktando czynników europejskich coraz bardziej dryfujących w kierunku autorytarnego państwa, co można porównać do którejś z okupacji. Znamy ich kilka.

Otóż jest zjawisko jeszcze od tych nieszczęść groźniejsze. Jest degradacja narodu u jego korzenia. Nie chcę wracać do kolejnych „reform” szkolnictwa od 1948 r. wiodących je po równi pochyłej. Nigdy jednak w tamtych czasach szkoła nie była wylęgarnią wypaczeń, których zatruty owoc dojrzewać będzie poprzez pokolenia. Nigdy też szkoła nie odwracała się od dziedzictwa narodowego i nie stawiała „dobrostanu” ucznia nad wymogi intelektualne. Dlatego przeciętny maturzysta po krótkim czasie mógłby dziś z powodzeniem ponownie usiąść na ławie szkolnej. Dlatego tak jest? Nie dlatego, iż mamy złych nauczycieli. Jeszcze nie. Po prostu szkołą rządzą osoby nie mające o szkolnictwie zielonego pojęcia, natomiast opanowane chorym dążeniem do wyprania młodego człowieka ze wszystkich zasad, które od zarania ludzkości były i są fundamentem zdrowia społecznego, twórczej siły człowieka i poszanowania tego, co natura człowiekowi dała. Reżim Tuska, z zasady wrogi wobec narodu polskiego wydał wychowanie młodego Polaka na łup osób o takim nastawieniu i takich kwalifikacjach. I to jest groźba, której skutków przewidzieć nie można.

Trzeba dodać, iż do oderwania narodu od wartości, które dotąd pozwalały mu przetrwać najtrudniejsze chwile dokładają wysiłku także lewicowe i z pozoru liberalne, w rzeczy samej narzucające swój punkt widzenia, środowiska. które degradację tych wartości podbudowaną w szkole teorią, pokazują w praktyce dnia powszedniego. Tu nie chodzi o tzw. ludzi kultury, którzy swą promocję widzą w dopasowaniu się do najgorszych wzorców, gdyż tylko tak mogą liczyć na wymierny sukces. Płyciznę lub choćby zapaść moralną części narodu podatnego na magię mediów oferują niekoniecznie dzieła naprawdę zasługujące na miano nośników kultury, ale właśnie różnego rodzaju „łatwe w odbiorze” spektakle. niekiedy wprost kicze, których celem jest podsuwanie przeciętnemu człowiekowi sposobu na życie. Metoda jest, niestety, skuteczna. Tak więc nauczycielem narodu stają się seriale. Nie wszystkie trafiają do jednego worka. Nie można ich też hurtowo oceniać i osądzać. Są wśród nich liczne, które lansują w zręczny sposób antywartości ubrane w szaty nowego, rzekomo duchem czasu natchnionego stylu życia.

Mogę posłużyć się tylko kilkoma przykładami, gdyż nie stać mnie na regularne oglądania większości obrazów. W dogodnym dla mnie czasie idą seriale Lombard, życie pod zastaw oraz Policjantki i Policjanci. Myślę, iż oglądałem je wystarczająco często, by móc coś o nich Dominuje powiedzieć. Nie znam się na tym rodzaju sztuki, toteż nie zabieram głosu o ich wartości artystycznej. Aktorzy robią na mnie dobre wrażenie. Treść banalna, ale jaka ma być w przypadku takiej tematyki? Uderza mnie jednak coś, co każe na te dzieła patrzeć od nieco innej strony. One pokazują niejako życie na bieżąco. Zdarzenia muszą być osadzone w jakichś wartościach. I są, ale oglądając je, odnosi się wrażenie, iż jesteśmy w społeczeństwie pogańskim od początku do końca. Taki jest model małżeństwa, rodziny, przy czym rozwód zdaje się być w nie niejako wpisany. Z reguły jedno dziecko. Nad w miarę normalnym związkiem dominuje partnerstwo, konkubinat, narzeczeństwo jako rodzaj kohabitacji. W sumie więc trudno tu mówić o trwałych zobowiązaniach, co z kolei sprawia, iż rodzina jest tu fikcją. Kiedyś mówiło się o „wolnej miłości” i to raczej z dezaprobatą. Dziś o miłości w wymienionych tu warunkach trudno w ogóle mówić. W tych filmach, zwłaszcza w pierwszym, spotykamy się z taką bardzo udziwnioną formą filantropii, może choćby takim laickim wydaniem miłości bliźniego. Ma to swoje dobre strony, ale przy całkowitej niestabilności relacji międzyludzkich sprawia to wrażenie sztucznie wkomponowanych wartości wyższych. W sumie wszakże o moralności indywidualnej i społecznej w tradycyjnym znaczeniu mowy być nie może. Dziwne wrażenie robią też sceny, kiedy sprawa wchodzi na grunt religii i Kościoła. Albo twórcy filmu w tych sprawach są całkowicie nieobyci, albo chcą pokazać, iż to wszystko jest skansenem, po którym należy się jakoś poruszać, tak jak po muzeum, szanując eksponaty, a tylko tyle.

Takie filmy z pozoru są niegroźne, nie atakują żadnych wartości, nie brak w nich taktu i oględności. Ale są one też propozycją przebudowy ideologicznej społeczeństwa. To się zaczęło w PRLu, ale tak wyrafinowanej formy nie przybierało choćby wtedy. Z całą pewnością znajdują one pełen oddźwięk w środowiskach zdecydowanie antychrześcijańskich. hołdujących takim zasadom jakie promuje LGBT. Z budową zwartego, społeczeństwa, opartego na wartościach sprawdzonych i twórczych nie ma to nic wspólnego. W sumie więc, to co szkoła ma wszczepić i antywartości promowane w życiu codziennym produkują człowieka wykorzenionego z tych wartości, jakie do niedawna były źródłem zdrowia Narodu.

Czyż można sobie wyobrazić niebezpieczeństwo groźniejsze od tego?

Читать всю статью