Dzisiaj, 8 października, Jednostka Wojskowa Komandosów obchodzi swoje święto. W tym roku ma ono szczególny charakter – mija 65 lat od sformowania jednostki wojskowej nr 4101, 40 lat od jej przeniesienia do Lublińca i 15 lat od chwili, gdy zaczęła funkcjonować pod obecną nazwą.
W ciągu sześciu i pół dekady zmieniały się nazwy, struktury, podporządkowanie, wyposażenie i zadania. Zmieniał się też przeciwnik, do walki z którym przygotowywali się żołnierze. Historia Jednostki Wojskowej Komandosów jest dzięki temu czymś więcej niż historią jednej jednostki. To opowieść o drodze, jaką przeszły polskie wojska specjalne – od realiów Układu Warszawskiego, przez misje ekspedycyjne, po przygotowania do konfliktu z równorzędnym technologicznie przeciwnikiem.
Od desantu do NATO
Za początek tej historii przyjmuje się rok 1961, gdy sformowano 26 Batalion Rozpoznawczy, samodzielną jednostkę wojskową nr 4101. Trzy lata później batalion został przeniesiony do Dziwnowa i przeformowany w 1 Batalion Szturmowy. Była to formacja podporządkowana potrzebom ówczesnej armii: jej żołnierzy przygotowywano do prowadzenia rozpoznania i dywersji na głębokim zapleczu przeciwnika. W razie wojny niewielkie grupy miały być przerzucane drogą powietrzną lub morską, zdobywać informacje, niszczyć ważne obiekty i dezorganizować działania nieprzyjaciela.
W 1986 roku jednostkę przeniesiono do Lublińca. Kilka lat później świat, w którym była przygotowywana do wojny, przestał istnieć. Polska wyszła z Układu Warszawskiego, a następnie wkroczyła na drogę do NATO. 8 października 1993 roku na bazie 1 Batalionu Szturmowego rozpoczęto formowanie 1 Pułku Specjalnego – właśnie do tej daty nawiązuje obchodzone dziś święto JWK. Dwa lata później pułk otrzymał nazwę wyróżniającą „Komandosów”. Zmiana szyldu była jednak najmniej istotna. Jednostka musiała przestawić się z doktryny armii państwa bloku wschodniego na standardy zachodnich sił specjalnych.
Przyspieszenie przyszło wraz z zagranicznymi operacjami Wojska Polskiego. Żołnierze z Lublińca służyli m.in.: w Macedonii, Iraku, Pakistanie, Kongu i Afganistanie. Misje dawały coś, czego nie zapewni choćby najbardziej wymagający poligon: doświadczenie działania w realnej operacji, z prawdziwym przeciwnikiem i prawdziwymi konsekwencjami błędów.
Afganistan zmienił wszystko
Najważniejszym laboratorium okazał się Afganistan. Komandosi z Lublińca trafili tam w 2004 roku. Początkowo wykonywali przede wszystkim zadania ochronne, ale od 2010 roku ich rola zmieniła się zasadniczo. Utworzyli Task Force 50, podporządkowany bezpośrednio dowództwu sił specjalnych ISAF.
To był jakościowy skok. TF-50 miał własny sztab, samodzielnie zbierał informacje, przygotowywał pakiety celów i planował operacje. Komandosi prowadzili rozpoznanie, rozbijali siatki terrorystyczne, zatrzymywali poszukiwanych talibów, niszczyli składy broni i materiałów wybuchowych. Jednocześnie szkolili i wspierali afgańskie oddziały antyterrorystyczne Provincial Response Company, zwane „afgańskimi tygrysami”.
Jedną z najbardziej znanych akcji była operacja „Sledgehammer” przeprowadzona 10 stycznia 2012 roku w Szaranie, stolicy prowincji Paktika. Talibowie zabarykadowali się z zakładnikami w jednym z budynków. Trzy wcześniejsze próby ich uwolnienia, podejmowane przez żołnierzy amerykańskich i afgańskich policjantów, nie przyniosły rezultatu. Do akcji skierowano TF-50. Polacy wraz ze szkolonymi przez siebie afgańskimi antyterrorystami przeprowadzili szturm i uwolnili zakładników. Operacją dowodził Marcin Suszko, dziś pułkownik i dowódca JWK.
Znaczenie Afganistanu nie sprowadzało się jednak do spektakularnych akcji. Przez kolejne zmiany żołnierze uczyli się całego procesu prowadzenia operacji specjalnej – od zdobycia informacji, poprzez planowanie i przygotowanie, po wykonanie zadania i ocenę jego skutków. Pracowali przy tym w międzynarodowym systemie dowodzenia, obok najbardziej doświadczonych jednostek sojuszniczych. Z formacji, która po 1989 roku uczyła się zachodnich standardów, Lubliniec stał się partnerem zdolnym działać według nich na wojnie.
Nie tylko strzelanie
1 października 2011 roku 1 Pułk Specjalny Komandosów został przeformowany w Jednostkę Wojskową Komandosów. Zasadniczy katalog zadań dzisiejszej JWK dobrze pokazuje, jak bardzo rozszerzyło się pojęcie „komandosa”. To przez cały czas akcje bezpośrednie – rajdy, zasadzki czy precyzyjne niszczenie wskazanych celów – ale również rozpoznanie specjalne i wsparcie wojskowe, czyli między innymi szkolenie i doradzanie siłom partnera. Do tego dochodzą odzyskiwanie personelu, uwalnianie zakładników czy naprowadzanie uderzeń lotniczych.
Równie szerokie musi być wyszkolenie pojedynczego operatora. Kandydat, który przejdzie selekcję, dopiero zaczyna drogę. Podczas szkolenia bazowego uczy się kolejnych specjalności, działania w różnych środowiskach i posługiwania się rozbudowanym zestawem uzbrojenia oraz wyposażenia.
Zmieniło się również pole walki. Dwie dekady operacji przeciwko organizacjom terrorystycznym nie są już jedynym punktem odniesienia. Wojna w Ukrainie przypomniała, jak wygląda starcie państw dysponujących artylerią, lotnictwem, obroną przeciwlotniczą, systemami walki radioelektronicznej i ogromną liczbą bezzałogowców. Małym zespołom trudniej pozostać niewidocznymi, bo pole walki obserwuje coraz więcej sensorów, a wykrycie może w krótkim czasie oznaczać precyzyjny ogień. Dla wojsk specjalnych oznacza to konieczność ciągłego dostosowywania sposobów działania. Tak jak kiedyś Lubliniec musiał przejść od standardów Układu Warszawskiego do NATO, a później nauczyć się wojny ekspedycyjnej, dziś musi przygotowywać się do działania w warunkach konfliktu o wysokiej intensywności.
To, czego nie zmienia technologia
Jest jednak element, który przez 65 lat zestarzał się znacznie mniej niż sprzęt i doktryny. Wojska specjalne przez cały czas opierają się na niewielkich zespołach, których członkowie muszą być zdolni do samodzielnego działania pod presją i jednocześnie całkowicie ufać ludziom obok. Dlatego ponadprzeciętna sprawność fizyczna jest dopiero punktem wyjścia. Selekcja i późniejsze szkolenie mają sprawdzić nie tylko wytrzymałość kandydata, ale także jego charakter, odporność psychiczną, zdolność podejmowania decyzji i funkcjonowania w zespole. Sprzęt można wymienić, procedury zmodyfikować, a nowe umiejętności wyćwiczyć. Znacznie trudniej zbudować zaufanie między ludźmi, którzy w czasie operacji będą od siebie wzajemnie zależni.
Być może właśnie w tym najlepiej widać ciągłość między żołnierzem JW 4101 z 1961 roku a operatorem JWK z 2026 roku. Pierwszy skakał ze spadochronem z innym wyposażeniem, przygotowywał się do innej wojny i służył w zupełnie innej armii. Dzisiejszy komandos korzysta z noktowizji, cyfrowej łączności i bezzałogowców, współdziała z lotnictwem i sojuszniczymi jednostkami specjalnymi. Ale gdy kilku ludzi zostaje wysłanych daleko od własnych wojsk, technologia nie zastąpi tego, co było potrzebne również sześć dekad temu: inicjatywy, odporności i zaufania do człowieka idącego obok.
Wyjątkowe wydawnictwo WIW
Z okazji 65-lecia JW 4101 oraz 15-lecia Jednostki Wojskowej Komandosów Wojskowy Instytut Wydawniczy przygotował wyjątkowy album. Wydawnictwo „JWK. Cisi i skuteczni” to starannie wyselekcjonowana kolekcja niemal 100 fotografii dokumentujących szkolenie, służbę i działania bojowe komandosów.
Każde ujęcie to fragment rzeczywistości, do której dostęp mają nieliczni. To niezwykła podróż do świata, w którym liczy się każda sekunda, każdy ruch i każda decyzja. Świat cichych i skutecznych profesjonalistów, którzy zaczynają działać tam, gdzie inni się zatrzymują.
Za przygotowanie albumu odpowiadał redakcyjny duet – Magdalena Kowalska-Sendek i Michał Niwicz. Znajdziecie w nim zdjęcia autorów znanych z łamów „Polski Zbrojnej” – m.in. Daniela Dmitriewa, Irka Dorożańskiego, Łukasza Kermela, Michała Niwicza czy Michała Szlagi. Fotografie uzupełnia tekst Magdaleny Kowalskiej-Sendek.