Kiedy w 2000 roku amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków (FDA) dopuściła do obrotu mifepriston jako część schematu farmakologicznego aborcji, zrobiła coś, czego nie robi przy większości leków: nałożyła na niego najostrzejszy możliwy nadzór. Produkt otrzymał ostrzeżenie w czarnej ramce – zastrzeżone dla substancji obarczonych ryzykiem poważnych, a choćby śmiertelnych powikłań, w tym krwotoków i zakażeń. Dwie dekady później z tamtych zabezpieczeń zostały strzępy.
Pierwotny model wyglądał inaczej niż dzisiejsza rzeczywistość. Kobieta rozważająca aborcję farmakologiczną musiała stawić się u lekarza trzykrotnie: raz na konsultację, drugi raz dopiero wtedy, by przyjąć mifepriston, i trzeci raz na wizytę kontrolną, która miała potwierdzić, iż aborcja przebiegła bez powikłań. Lekarz zobowiązany był monitorować pacjentkę i zgłaszać każde zdarzenie niepożądane, nie tylko te śmiertelne.
Ten reżim nie był przypadkowy. Nazwano go później formalnie „Strategią Oceny i Łagodzenia Ryzyka” (REMS) narzędziem, po które FDA sięga wtedy, gdy uznaje, iż korzyści z tak zwanego leku przewyższają ryzyko wyłącznie pod warunkiem ścisłego nadzoru. Innymi słowy: agencja sama przyznała, iż mifepriston bez dodatkowych barier ochronnych byłby zbyt niebezpieczny, by dopuścić go do swobodnego obrotu.
Demontaż krok po kroku
Od tego momentu historia mifepristonu w Stanach Zjednoczonych to w gruncie rzeczy historia stopniowego usuwania kolejnych warstw ochrony.
W 2016 roku FDA wydłużyła dopuszczalny okres stosowania preparatu do 10. tygodnia ciąży bez nowych badań, które potwierdzałyby bezpieczeństwo tak rozszerzonego wskazania. Tego samego roku zniesiono wymóg, by preparat wydawał wyłącznie lekarz, oraz ograniczono obowiązkowe wizyty osobiste z trzech do jednej. Zmieniono też próg raportowania działań niepożądanych, z „poważnych” na wyłącznie „śmiertelne”, co w praktyce oznacza, iż kobiety rozważające aborcję dysponują dziś znacznie mniejszą wiedzą o realnej skali powikłań, niż miały jeszcze piętnaście lat temu.
Ostateczny cios zadano w 2023 roku, gdy zniesiono ostatni wymóg wizyty osobistej. Od tego momentu receptę można uzyskać podczas rozmowy wideo albo choćby czatu internetowego, a pigułki wysłać pocztą. Warto podkreślić: wysyłka środków poronnych pocztą pozostaje w Stanach Zjednoczonych nielegalna na mocy wciąż obowiązującej ustawy Comstock Act z 1873 roku, ostatni raz nowelizowanej jeszcze za czasów administracji Clintona.
Co tracą kobiety, gdy znika lekarz
Zniesienie obowiązkowej wizyty osobistej to nie jest kwestia wyłącznie proceduralna. To utrata realnego badania, które dotąd pozwalało wykryć dwa poważne zagrożenia.
Pierwsze to ciąża pozamaciczna, stan zagrażający życiu, którego objawy łudząco przypominają typowe skutki uboczne aborcji farmakologicznej. Kobieta, która nie przeszła wcześniej badania USG, może nie mieć pojęcia, iż to, co bierze za normalną reakcję organizmu na pigułkę, w rzeczywistości wymaga natychmiastowej interwencji chirurgicznej.
Drugie to konflikt serologiczny. Kobieta z krwią Rh-ujemną, u której nie wykonano badania krwi i nie podano profilaktycznie immunoglobuliny anty-RhoGAM, naraża się na wytworzenie przeciwciał, które mogą zagrozić jej przyszłym, chcianym ciążom. To ryzyko, o którym przy zdalnej konsultacji łatwo zapomnieć a które przy tradycyjnej wizycie było standardowym elementem opieki.
Do tego dochodzi problem, o którym rzadko się mówi otwarcie: bez kontaktu osobistego z personelem medycznym trudniej ocenić, czy kobieta decyduje się na aborcję z własnej, w pełni świadomej woli, czy pod presją partnera bądź innych osób.
Trzy formularze, które jeszcze zostały
Obecnie z całego systemu zabezpieczeń pozostały już tylko trzy tzw. elementy zapewniające bezpieczeństwo stosowania (ETASU): umowa lekarza przepisującego lek, oświadczenie pacjentki o świadomej zgodzie oraz umowa apteki. To one stały się teraz celem kolejnej fali petycji domagających się ich zniesienia. Mimo, iż każdy z tych elementów odpowiada podstawowym, elementarnym standardom opieki medycznej: kompetentny lekarz, świadoma zgoda, apteka działająca zgodnie z prawem.
Sprawy sądowe i to, co pokazały
Sprawa FDA przeciwko Alliance for Hippocratic Medicine, w której grupa lekarzy domagała się przywrócenia pierwotnych zabezpieczeń REMS, zakończyła się dla powodów niekorzystnie. Sąd Najwyższy orzekł, iż nie mieli oni legitymacji procesowej. Proces ujawnił jednak coś istotnego: skalę klauzul sumienia funkcjonujących w amerykańskim prawie federalnym, które chronią lekarzy odmawiających udziału w procedurach aborcyjnych.
Równolegle toczy się sprawa Luizjana przeciwko FDA, w której kilka stanów kwestionuje decyzje z 2023 roku. Wśród przywoływanych dowodów znalazł się przypadek kobiety z Luizjany zmuszonej do aborcji wbrew własnej woli.Hhistoria, która zdaniem powodów najdobitniej pokazuje, do czego prowadzi model „aborcja bez nadzoru”.
Głos organizacji pro-life
Americans United for Life od lat prowadzi kampanię „Abortion Pills Kill”, której celem jest nagłośnienie zagrożeń związanych z aborcją farmakologiczną oraz kooperacja z ustawodawcami stanowymi i federalnymi przy tworzeniu przepisów chroniących kobiety i nienarodzone dzieci, w tym przy egzekwowaniu ustawy Comstock Act. Dla organizacji to element szerszej misji: ochrony życia od poczęcia aż do naturalnej śmierci.
jb
Źródło: aul.org












