Byliśmy przygotowani do walki do ostatka, do śmierci, i nie zamierzaliśmy tanio sprzedawać swej skóry. Bez wytchnienia waliłem ze swego Mausera do Niemców, a oni padali na ziemię między czołgami – o swoich wojennych losach opowiada w lutowym numerze „Polski Zbrojnej” ppłk. Jakub Nowakowski „Tomek”, żołnierz Batalionu „Zośka” i plutonu 226 Zgrupowania „Żniwiarz”.
Pan, urodzony Warszawiak, 1 września 1939 roku był w stolicy. Jak wyglądały te pierwsze dni wojny?
Najpierw zaczęły się naloty, a po kilku dniach (8 września – przyp. red.) pod Warszawą pojawiły się wojska niemieckie i rozpoczęło się oblężenie. Mieszkaliśmy wówczas na Żoliborzu, ale traf chciał, iż trzeciego dnia wojny byłem w Śródmieściu i na własne oczy widziałem radosne manifestacje na wieść o wypowiedzeniu wojny Niemcom przez Anglię i Francję. Do ludzi wyszli ambasador brytyjski i minister Józef Beck – wiwatom na ich cześć nie było końca. Bardzo gwałtownie jednak się okazało, iż za sojuszniczymi deklaracjami nie idą czyny w postaci ofensywy na Zachodzie. Jednak Warszawa, każdego dnia bombardowana przez samoloty, ostrzeliwana ogniem artylerii i szturmowana przez czołgi i piechotę, broniła się długo i dzielnie.
Po zajęciu Warszawy przez Wehrmacht zaczęła się długa okupacyjna noc – terror i represje, ale też straszna bieda. Przed wojną Pana ojciec, Bogdan Bartłomiej Nowakowski, był uznanym artystą malarzem i grafikiem – to on m.in. zaprojektował słynne logo Społem – a dla artystów, którym i tak zwykle nie jest łatwo, wojna była tym straszniejsza.
Byłem świadkiem tworzenia tego logo i ono jest jedynym wyraźnym śladem po moim ojcu… On przed wojną był przede wszystkim ilustratorem książek i projektantem okładek. W czasie okupacji już nie otrzymywał takich zleceń, więc starał się dorabiać, rysując scenki rodzajowe z ulic okupowanej Warszawy. I adekwatnie z tego żyliśmy.
Te rysunki przetrwały wojnę?
Niestety, niewiele. Ojciec wojny nie przeżył. Zmarł na zawał serca w 1945 roku.
Dla Pana okupacja oznaczała przede wszystkim przerwanie nauki w Państwowym Gimnazjum Męskim im. Tadeusza Czackiego, po tym jak Niemcy zlikwidowali szkolnictwo średnie i wyższe. A kiedy Pan zaangażował się w konspirację?
Przed wojną zdążyłem skończyć dwie klasy gimnazjum i w czasie okupacji uczęszczałem na obowiązkowe kursy przygotowawcze do szkół zawodowych – bo w miejsce szkolnictwa średniego pojawiło się zawodowe i tylko takie było przewidziane dla Polaków.
Co do konspiracji, to wciągnął mnie do niej w lutym 1942 roku mój przyjaciel z bloku, w którym mieszkaliśmy – Stanisław Huskowski „Ali”. Bracia Huskowscy, bo był jeszcze Tadeusz, to byli słynni konspiratorzy, a następnie dowódcy pododdziałów w Batalionie „Zośka”. Ich mieszkanie było jednym z konspiracyjnych centrów. Służbę zaczynałem klasycznie – od lektury prasy podziemnej, jej kolportażu i małego sabotażu w Szarych Szeregach. Dodam, iż wcześniej należałem do organizacji PET (Związek Młodzieży Polskiej „Przyszłość” – przyp. red.), która miała charakter formacyjny i samokształceniowy, ale też współdziałała z Szarymi Szeregami w małym sabotażu – zwłaszcza w malowaniu na murach patriotycznych i antyniemieckich haseł oraz słynnej kotwicy – znaku Polski Walczącej. Po tej praktyce znalazłem się w Grupach Szturmowych Szarych Szeregów i wtedy zaczęła się nauka wojskowego rzemiosła.
Z Grup Szturmowych wyłonił się Oddział Specjalny „Jerzy” – od pseudonimu jego dowódcy (kpt. Ryszarda Białousa – przyp. red.), który później stał się Batalionem „Zośka”. Trafiłem do sekcji szkolonej w obsłudze ciężkich karabinów maszynowych. W planach mieliśmy być kompanią cekaemów, i to zmotoryzowaną! W powstaniu jednak najczęściej byliśmy wyposażeni w pistolety maszynowe i erkaemy – tylko w kilka sztuk i oczywiście nie mieliśmy samochodów.
Panu jednak po wybuchu powstania w Warszawie nie było dane walczyć w szeregach „Zośki”, tylko w innej, choć także elitarnej jednostce – plutonie 226 Zgrupowania „Żniwiarz”.
Żoliborz bardzo gwałtownie został przez Niemców odcięty od pozostałych dzielnic Warszawy. Dlatego zośkowcy z Żoliborza, m.in. i ja, nie mogli dotrzeć do miejsca koncentracji batalionu na Woli (fabryka Telefunken przy zbiegu ulic Mireckiego i Karolkowej – przyp. red.). W tej sytuacji dowódca naszego 1 plutonu, wspomniany ppor. Tadeusz Huskowski „Tadeusz”, zdecydował, iż przyłączymy się do miejscowego oddziału. I tak staliśmy się częścią plutonu 226 „Żniwiarza”, zresztą „Tadeusz” później został jego dowódcą.
„Żniwiarze” musieli się ucieszyć z tak wartościowego wzmocnienia – wszak dołączyła do nich elita Kedywu!
Zdecydowanie, tym bardziej iż byliśmy nieźle uzbrojeni. „Tadeusz” przed wejściem do plutonu 226 opróżnił nasz magazyn broni na Bielanach. Ja wtedy dostałem karabinek Mausera, którym walczyłem do końca powstania. Do tej broni z magazynu doszła później jeszcze ta zdobyta na Niemcach i w ten sposób dzięki drużynie zośkowców cały pluton 226 był bardzo dobrze uzbrojony.
Miał Pan mundur czy cywilne ubranie?
Cywilne, z biało-czerwoną opaską i literami WP – Wojsko Polskie. U nas tylko niektórzy, przede wszystkim dowódcy, mieli mundury pochodzące ze zrzutów, brytyjskie, przedwojenne polskie albo zdobyczne niemieckie. „Tadeusz” nosił brytyjski battle dress. No i hełmy mieliśmy – zdobyczne niemieckie, polskie przedwojenne, ale też strażackie, bo kwaterowaliśmy w budynku Wyższej Szkoły Pożarniczej przy ulicy Słowackiego. Stamtąd wychodziliśmy na akcje bojowe i urządzaliśmy zasadzki na patrole niemieckie, które przyjeżdżały do fabryki Opla (obecnie w tym miejscu jest Hala Marymoncka – przyp. red.) po części do uzbrojenia i samochodów. Myśmy ich znienacka atakowali i wystrzeliwali.
Można powiedzieć, iż prowadziliście typową walkę oddziałów commando.
Tak było przez pierwszą połowę sierpnia. Zauważmy też, iż Niemcy przez dłuższy czas ostrzeliwali Żoliborz tylko ogniem nękającym. Jednak po połowie tegoż miesiąca (17 sierpnia – przyp. red.) opuściliśmy budynek szkoły pożarniczej i dołączyliśmy do sił przeznaczonych do szturmu na Dworzec Gdański. Nie będzie przesady w stwierdzeniu, iż tu przeszliśmy prawdziwy chrzest ogniowy…
To jedno z najcięższych i najkrwawszych starć w całym powstaniu warszawskim. Przyszło wam zdobywać niemiecką redutę chronioną ogniem gniazd cekaemów, moździerzy, dział, a do tego jeszcze pociągu pancernego. Pański oddział wziął udział w tzw. drugim nocnym natarciu na Dworzec Gdański z 21 na 22 sierpnia 1944 roku.
Szczerze mówiąc, to było wariackie natarcie, bo nie dysponowaliśmy żadną ciężką bronią, którą moglibyśmy uczynić wyrwy w tej „twierdzy”. Cóż z tego, iż atakowaliśmy nocą, kiedy Niemcy rakietami oświetlali cały teren. Jak rakiety rozświetlały niebo, my w biegu padaliśmy na ziemię, a gdy robiło się ciemno, podrywaliśmy się i dalej biegliśmy do przodu. Jednak kiedy znaleźliśmy się blisko zasieków okalających niemieckie pozycje, rozpętało się prawdziwe piekło. To była lawina ognia. Pół metra nad ziemią powstał sufit ogniowy i kogo dosięgnął, ten padał martwy albo ranny. A do tego sypały się na nas granaty z moździerzy i odłamki pocisków artyleryjskich. Jak wszyscy wokół, rzuciłem się na ziemię i w tym momencie zostałem ranny w rękę. Czułem, iż krew leje mi się po ręce, i jednocześnie zauważyłem, iż obok mnie śmiertelny postrzał w głowę dostał kolega z erkaemem. Nie zdążył zająć stanowiska, by odpowiedzieć Niemcom ogniem.
Znał go Pan?
Tak, to był Andrzej Dażwański „Jędrek”. Bardzo sympatyczny, typ inteligenta, wysoki, w powstaniu erkaemista – cały obwieszony taśmami z amunicją.
Jak Pan się zdołał wydobyć spod tego ognia?
Niewesoła była sytuacja: kolega obok zabity, ja leżę z krwawiącą raną, a każdy ruch grozi śmiercią. Gdzieś ponad godzinę tak leżałem, aż zaczęło świtać, ale w tej chwili na szczęście i ogień nieco zelżał. Wtedy podczołgał się do mnie dowódca, żeby przekazać mi, iż się wycofujemy. Powiedziałem mu, iż jestem ranny, a na dodatek mam przy sobie torbę z butelkami wypełnionymi płynem zapalającym, bo miałem nimi podpalić baraki przy Dworcu Gdańskim. Wystarczył jeden niemiecki pocisk i zamieniłbym się w żywą pochodnię… „Tadeusz” rozkazał mi odrzucić tę torbę. Rozkaz wykonałem i powoli odczołgałem się do tyłu. W pewnym momencie zaryzykowałem – poderwałem się z ziemi i pobiegłem do tyłu. Kule mi tylko świstały koło uszu, ale się udało! Wróciłem na pozycje wyjściowe, gdzie przejęły mnie sanitariuszki. Rana nie okazała się zbyt ciężka, ale dostałem od „Tadeusza” dwa tygodnie urlopu na jej podleczenie, bo całą rękę miałem w bandażach. Ten urlop spędziłem w swoim mieszkaniu, z rodzicami i pod ostrzałem niemieckich „krów” (wyrzutni rakietowych Nebelwerfer – przyp. red.), bo akurat po upadku Starego Miasta Niemcy wzięli się na poważnie za Żoliborz.
Trudno było Panu w takiej sytuacji zostać w domu?
Tak, i do oddziału wróciłem przed czasem. Rana jeszcze nie była do końca zagojona, ale wolałem być na linii walki niż na zapleczu bombardowanym przez krowy i sztukasy – zresztą jedna z bomb lotniczych trafiła w nasz blok. Rodzice przenieśli się do znajomych, a ja postanowiłem wracać jak najszybciej do walki. Po natarciu na Dworzec Gdański nasz oddział też dostał chwilę wytchnienia, a „Tadeusz” otrzymał awans na dowódcę całego plutonu 226 (dotychczasowy dowódca, ppor. Bogdan Kunert „Szajer”, został ciężko ranny podczas natarcia na Dworzec Gdański – przyp. red.). Po odpoczynku pluton wrócił na linię – znowuż do fabryki Opla. Wtedy hala fabryczna była trzymana już przez Niemców, a myśmy zajmowali wiatę za tą halą i można powiedzieć, iż prowadziliśmy z nimi wojnę podjazdową, ostrzeliwując ich z rowów dobiegowych. Strzegliśmy przede wszystkim wyrwy w ścianie tejże hali, przez którą Niemcy mogli nas szturmować.
I tak dotrwaliśmy do dwóch ostatnich dni września, kiedy Niemcy przypuścili na nas koncentryczny atak z użyciem czołgów z pododdziałów 25 Dywizji Pancernej. Po ostrzale z armat czołgi ruszyły naprzód, a za nimi piechota. W ostatniej chwili przed odcięciem wycofaliśmy się z Opla do budynku spółdzielni „Zgoda” przy ulicy Słowackiego i tu daliśmy Niemcom odpór.
Wystarczyło wam do tego amunicji?
Mieliśmy jej sporo, bo wtedy już choćby Sowieci ją zrzucali. To zabrzmi paradoksalnie, ale właśnie wówczas, w ostatnie dwa dni powstania, strzelałem do nieprzyjaciela najwięcej. Byliśmy przygotowani do walki do ostatka, do śmierci, i nie zamierzaliśmy tanio sprzedawać swej skóry. Bez wytchnienia waliłem ze swego Mausera do Niemców, a oni padali na ziemię między czołgami, które na szczęście nie mogły poruszać się gwałtownie między ruinami. Z budynku „Zgody” przeskoczyliśmy do budynku zwanego „Zimowe leże” i tam przez cały czas ostro się broniliśmy.
Podczas tych walk (30 września – przyp. red.) otrzymaliśmy rozkaz, iż mamy się wycofać na Dolny Żoliborz i przedostać się do Wisły. Tam powinny dotrzeć pontony Armii Czerwonej, żeby nas ewakuować na drugi brzeg rzeki. Jak dziś wiemy, ta ewakuacja to była lipa, i przez decyzję o przemieszczeniu się w wyznaczone miejsce ponieśliśmy kolejne ciężkie straty. Zresztą wtedy zostałem drugi raz ranny, ale bardzo lekko. Naszą ostatnią redutą był budynek Szklane Domy przy ulicy Mickiewicza 34. Tutaj dostaliśmy rozkaz o kapitulacji.
To musiała być traumatyczna chwila?
Była przejmująca. Wieczorem budynek Szklane Domy płonął od góry, oświetlając teren wokół czerwoną poświatą. Stanęliśmy w szeregu i dowódca „Żniwiarza” kpt. Mieczysław Morawski przemówił do nas tak: „Kochani żołnierze, dziękuję wam za waszą walkę. Jesteście oddziałem, który najdłużej walczył w powstaniu, bo Śródmieście ma zawieszenie broni z Niemcami. Niestety i my musimy złożyć broń”. I tak zaczęła się niewola – różne obozy na terytorium Niemiec – z których w 1946 roku wróciłem do kraju i po pewnym czasie do Warszawy.
Jakub Nowakowski „Tomek” urodził się 4 grudnia 1924 roku w Warszawie. Podpułkownik Wojska Polskiego w stanie spoczynku, żołnierz Szarych Szeregów i Batalionu „Zośka”, w powstaniu warszawskim walczył w plutonie 226 Zgrupowania „Żniwiarz” na Żoliborzu. Doktor nauk biologicznych i pracownik Instytutu Zoologii Polskiej Akademii Nauk w Warszawie.
„Warszawa, każdego dnia bombardowana przez samoloty, ostrzeliwana ogniem artylerii i szturmowana przez czołgi i piechotę, broniła się długo i dzielnie”