Przedwojennych marszałków Sejmu poznałem tylko z lektur. Jawili się oni zawsze jako ludzie z najwyższej półki. Po roku 1945 r. życie zaczęło być siermiężne. Pamiętam tzw. „prelegentów”, ich wystąpienia w gimnazjum, do którego uczęszczałem, bywały przedmiotem pikantnych powiedzonek, niekiedy kpin, co jednak było ganione przez tzw. „przedwojennych” – tak określano ludzi manifestujących swą kindersztube – bo oceniane było jako brak szacunku dla ludzi „prostych” – tak z kolei nazywano wielu przedstawicieli ówczesnej władzy. Proszę sobie wyobrazić taką delikatność w stosunku do przeciwników politycznych. Nie przypominam sobie jednak, by tamci popisywali się oni chamstwem. Ono zawstydzało choćby tych, którzy byli niczym, a stali się wszystkim. To można było powiedzieć o Polsce powiatowej, gminnej. W jakiś sposób odnosiło się także do sfery rządowej, z urzędu czy z przekonania komunistycznej, mającej jeszcze przedwojenny savoir vivre.
Marszałkiem sejmu, bodajże pierwszym, był Władysław Kowalski, ludowiec, członek KPP, trochę samouk, w każdym razie nikt z wyższych sfer. Typowy dorobkiewicz, ale starał się szanować ofiarowaną mu godność. Jan Dembowskim, profesor na tym stanowisku był do 1956 r. czyli w najgorszym czasie powojennej Polski. Ta Polska dbała na zewnątrz o swój prestiż i do czasu stwarzała pozory, jak gdyby wróciły czasy przedwojenne.
Cóż więc się stało, iż w III Rzeczypospolitej namnożyło się niedorobionych magistrów, choćby profesorów i uczonych półproduktów sztucznej inteligencji, nie licząc sponsorów i zapotrzebowania na takich właśnie prominentów przez rządy, nie tylko euro-tuskowy, ale częściowo także inne. Tępotę, niewiedzę, brak inicjatywy można pokryć przy pomocy odpowiednio spreparowanych mediów, co to wbrew przysłowiu z owsa ryż zrobić potrafią. Brak wychowania, obycia, manier, to jednak mankament nie do odrobienia.
Pół biedy, kiedy są to gafy, przejęzyczenia, czy zwykłe gapiostwo. N. p. sadowienia się zanim zaproszeni goście nie zajmą miejsc. Całkiem źle wszakże, kiedy jest to zwyczajne wrośnięte w człowieka chamstwo.
Żeby nie kołować gołosłowiem przytoczę jeden z przykładów, jakich w wykonaniu Włodzimierza Czarzastego znalazłoby się więcej: „Konstytucja dana przez naród i Aleksandra Kwaśniewskiego nikomu nie przeszkadzała i nagle facetowi, który chce być królem, marszałkiem i premierem zaczęła przeszkadzać. Nie ma zgody Lewicy na to. Nie będziemy negocjowali w tej sprawie z terrorystami. Nikt nas do tego nie przymusi. Nie będziemy zmieniali dobrej konstytucji, dlatego iż jednemu facetowi ona się nie podoba”
Komentowanie tej filipiki rodem z rynsztoka, czy jakiegoś pustostanu dla rożnego rodzaju wyobcowanych nie ma sensu. Tylko cham potrafi tak mówić o jakimkolwiek bliźnim, a o prezydencie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej może się wyrażać tylko ten, kto pewien jest, iż taki język jest także językiem jego mocodawcy. Mówiąc krótko schamiała nam Polska, skoro reprezentują ją ludzie bez elementarnej ogłady, czego wymaga się od ucznia, od każdego człowieka funkcjonującego w życiu publicznym. Pan Czarzasty podpiera się lewicą, pewny, iż ona już jest u władzy. Daleko jej do niej. Ale znamy też ludzi z lewicy, zasiadających w tym sejmie, jakim dziś, dyryguje komunista, w dodatku pozbawiony elementarnej ogłady. Warto zapytać czy ludzie z lewicy o określonej kulturze współżycia podpisują się pod wyskokami Czarzastego? A jeżeli nie, to jakim prawem on staje na ich czele?
Czarzasty nie jest sam, ma po swej stronie mecenasa Kalisza, nie tak prymitywnego, ale równie szermującego frazesami. Sofizmatem jest jego twierdzenie, iż prezes Święczkowski „popełnia przestępstwo codziennie i państwo powinno działać na gorącym uczynku, wtedy immunitet nie obowiązuje”. A prawdopodobnie pan Kalisz dobrze wie, iż pan Święczkowski broni po prostu ostatniego bastionu praworządności, której nie rozumie Czarzasty, a znieść nie może Tusk, zobowiązany wobec Euroreichu do jak najszybszej likwidacji suwerennej Polski. A co do immunitetu, to pan Kalisz dobrze wie, iż pod rządami Tuska obowiązuje on tylko do ludzi, którzy w praworządnym systemie władzy winni mieć wikt i lokum na koszt państwa. Dawny polityk Sojuszu Lewicy Demokratycznej uważa, że "prezes Bogdan Święczkowski nie dopuszcza prawidłowo wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego do pełnienia swojego urzędu". Zapomniał dodać, iż ten prawidłowy wybór, to nie stan faktyczny, ale uznaniowe stosowanie prawa
Niezależne Stowarzyszenie Prokuratorów "Ad Vocem" odpowiedziało Kaliszowi: „Przypominamy, iż zamach na organ konstytucyjny jest jednym najcięższych przestępstw w kodeksie karnym. Dziwi nas to, iż prawnik wypowiada takie słowa publicznie. No przecież, jak sądzimy nie namawia Pan nikogo do naruszenia prawa!? Czy się mylimy?!”
A to, co dzieje się wokół Trybunału Konstytucyjnego jest niczym innym jak próbą uczynienia z tej instytucji jednej z politycznych agend Tuska. Tacy ludzie jak Czarzasty, Trela, Kalisz mogą tego nie rozumieć, gdyż przywykli do kucania przez PZPR i rządem PRL i to im pozostało, ale prezydent i zdrowa część stróżów prawa ma obowiązek obronienia tej instytucji przed staniem się przedmiotem manipulacji Tuska. Czarzasty może tego nie rozumieć, bo jest niczym innym jak transmisją woli tego ostatniego. To, iż tego nie rozumieją prawnicy zdumiewa, choćby jeżeli przyjmie się, iż są sługami nie prawa,. a demokracji walczącej.
Wszystko to jest żałosne, bo świadczy o prymitywizmie ludzi sprawujących dziś władzę, nie silących się choćby na to, by swoim działaniom nadać charakter praworządny. Zawstydzające jest natomiast to, iż marszałkiem sejmu jest komunista, w dodatku pozbawiony sposobu bycia człowieka cywilizowanego. Chamstwo, bowiem takim sposobem, póki co, nie jest.








