12 maja 1926 roku Józef Piłsudski wszczął przewrót wojskowy, który trzy dni później, po krwawych walkach w Warszawie, doprowadził do ustąpienia ówczesnego prezydenta, Stanisława Wojciechowskiego, z urzędu, i do dymisji rządu Wincentego Witosa.
Niebawem w sejmie Piłsudski lapidarnie scharakteryzował swój systemat polityczny: „Czynię próbę, czy jeszcze można rządzić w Polsce bez bata”. Druga Rzeczpospolita, przyjąwszy ustawę zasadniczą w marcu 1921 roku, uchodzić chciała za dziedzica konstytucji 3 maja. Atoli oba wiosenne porywy woli demokratycznej – i z 1791, i z 1921 roku – gwałtownie zatrajkotała i wyjałowiła obstrukcja, znamionująca przednowoczesny habitus sarmacki. Demokracja parlamentarna po 1921 roku zatracała się w partyjnych waśniach. Pisał piłsudczyk Władysław Pobóg-Malinowski: „Zjawiskiem stałym była chwiejność każdorazowej większości [w Sejmie] i każdy rząd lękał się działać w najbardziej palących sprawach, bo te właśnie były sporne i groziły mu upadkiem. (…) Oddano niekontrolowaną władzę i kierownictwo w sprawach państwa w ręce wielogłowego, skłóconego i szarpiącego się w zażartej i gorszącej walce zespołu”.
Sejmem polskim po 1918 roku nie dyrygowały już koterie magnackie, jak w schyłkowym stuleciu Pierwszej Rzeczpospolitej. Jednak w ich rolę wcieliły się partie polityczne, które bardziej niż programami artykułującymi interesy poszczególnych grup i klas społecznych, rachmistrzowały wedle interesów partykularnych i koteryjnych. Rozhukane sejmowładztwo początków Drugiej Rzeczpospolitej, hańba zabójstwa pierwszego prezydenta RP – zdawałyby się sygnalizować, iż Polska żadnych rozsądnych nauk nie wyciągnęła z sarmackiej bardachy.
Lata rozbiorów i niewoli niespecjalnie nauczyły Polaków nowoczesnego rozumienia polityki i jej mechanizmów. Raczej zapętliły ich w straceńczym czynie niepodległościowym – nierzadko odwzorowującym desperację wilka odgryzającego własną łapę zakleszczoną w sidłach. Po 1918 roku niepodległość pojmowano zwykle jako powrót do status quo ante, gdzie hula dusza bez kontusza w hałaśliwych utarczkach politycznych, a nie jako politykę par excellence, tj. budowanie kompromisów w imię nowoczesnego państwa. Ludność Drugiej RP nie tworzyła narodu obywatelskiego, jawiła się jako mało skonsolidowane zsumowanie grup etnicznych i socjostatusowych, które się niezbyt poczuwały do współtożsamości.
Od zarania Druga RP przechodziła przez zaburzenia dysocjacyjne, jakby współistniała w dwóch rzeczywistościach: realnej międzywojennej i w snach na jawie o mocarstwowości jagiellońskiej. Przytłumiło się strategiczne myślenie o tym, jakie oblicze cywilizacyjne ma przybrać Polska. Problem ten zostawiano na zaś, gdy Najjaśniejsza Rzeczpospolita okrzepnie i wtedy czas nadejdzie, by wyprogramować optymalne rozwiązanie ustrojowe. Taki czas nie nadszedł, gdyż nowo powstałe struktury państwa polskiego porywał potok doraźnych spraw i wyzwań, w którego kipieli tonęły ambicje całościowych reform. Niepodległość przytłoczyła socjalność.
Protagoniści zamachu majowego zamyślali położyć kres obsuwaniu się Polski ku „anarchosejmokracji” i absolutnym cięciem „rozsupłać” węzeł problemów społeczno-politycznych. Jak gdyby usiłowali się równać na absolutystyczne rządy z sąsiedztwa, które zdominowały dawną Rzeczpospolitą i rozebrały ją bezwstydnie. Tyle iż absolutyzm nie sprowadzał się do zamordyzmu, ale upostaciowił cały kompleks czynników, wśród których rzucające wyzwanie klasie feudalnej mieszczaństwo z jego duchem racjonalizmu, polityka merkantylizmu i komasowanie zasobów służących uprzemysłowieniu, a także scentralizowana i kompetentna administracja państwowa odegrały kapitalną rolę. Procesy te ominęły Rzeczpospolitą Obojga Narodów.
Rządy pomajowe, sanacyjne, nie tyle choćby dławiły autorytaryzmem, ile zawiodły w kwestii całościowej modernizacji Drugiej RP. Zresztą byłoby to zadanie na miarę prac Herkulesa, zważywszy na to, iż pstrokaciznę etniczno-kulturową Rzeczpospolitej międzywojennej dopełniała kontrastowa różnica w rozwoju sił wytwórczych w poszczególnych regionach i ich niekompatybilność socjoekonomiczna. W Drugiej RP ośrodki urbanistyczno-przemysłowe gubiły się w bylejakości prowincjonalnych i wiejskich stref życia przednowoczesnego.
Józef Piłsudski nieszczególnie wnikał w to, czym jest modernizacja. Siłę państwa bardziej sobie wyobrażał jako prężenie mocarstwowych muskułów – chodzi oczywiście o mięśnie twarzy, napinane do min marsowych – niż tworzenie realnych przesłanek materialnych i ludzkich państwotwórstwa. Jego zaściankowość w tej mierze apologizował Adam Skwarczyński, który przypisywał przewrotowi majowemu znamiona „rewolucji moralnej”. Pojmował ją nade wszystko jako „kapitalizację dla przyszłej rozbudowy – drogą ofiary obniżenia stopy życiowej; łączy się z tym ideał surowości życia i obyczajów, zamiast dotychczasowego mieszczańskiego ideału dobrobytu”. Na straży zaś tej akumulacji przez samoumartwianie stała dyktatura sanacyjna. I „przejawiając od czasu do czasu siłę i zdobywając się na pewne momenty bezwzględności, czyniła to prawie wyłącznie w celu trzebienia najbardziej złośliwych chwastów, które po okresie niewoli tak bardzo się u nas zakorzeniły”.
Do jednego z niewielu kompetentnych modernizatorów w swoim obozie, Eugeniusza Kwiatkowskiego, Piłsudski odnosił się z dystansem. To, iż Druga RP mogła się poszczycić budową Gdyni czy tworzeniem Centralnego Okręgu Przemysłowego, zawdzięczała inicjatywie i zaangażowaniu Kwiatkowskiego. Jego zaś przesłanie brzmiało: „Nie można wystawić bardziej złudnej i bardziej szkodliwej teorii, jak ta, iż właśnie siła odporna Polski na zjawiska kryzysu i chaosu międzynarodowego leży w jej prymitywnych formach rozwoju gospodarczego, w jej obecnej strukturze ludnościowej, w jej nikłym związku z gospodarstwem światowym i w jej separacji od politycznych prądów Zachodu. Doktryna taka okazałaby się niebawem tak samo zwodnicza, jak była nią w XVIII wieku zasada, iż właśnie nierządem Polska stoi”. Niestety jednak uzyski w rodzaju Gdyni i COP-u miały wycinkowy charakter, nie niwelowały strukturalnego zacofania Polski.
W autoprezentacji państwowej obóz piłsudczykowski dawał upust dętologii. Uchodzący za zaufanego współpracownika Piłsudskiego Walery Sławek siły motorycznej Polski upatrywał w nowym legionowym rycerstwie: „Rycerski honor i zasada równości – to dwa naczelne przykazania, to główne zasady myśli państwowej i społecznej, przekazane nam jako spuścizna dziejów przedrozbiorowych”. Owa tromtadracja unaoczniała się w prymacie państwowego rytuału w Drugiej RP nad pracą twórczą i wytwórczą. Borykając się z poważnym problemem zacofania i niewydolności ekonomicznej, z nieskładnością społeczną i etniczną, Polska międzywojenna – gruźliczo pokasłując – nadymała się mocarstwowo. Świata nie widziała poza defiladami, uroczystymi capstrzykami, mszami za Ojczyznę.
Niestety, również endecja ulegała tej odmóżdżającej tromtadracji. W latach 1930. młoda generacja narodowych demokratów, zirytowana tym, jak autorytarnie szarogęsi się piłsudczyzna, i żądna udziału we władzy, zarzucała myśl modernizacyjną, zauroczywszy się wzorcami faszystowskimi i choćby sowieckimi. Eksponował to Marian Reutt, łączący udanie zapał pięściarza z wysiłkiem intelektualnym na rzecz ONR-u. Przyznać wszelako należy, iż Reutt trafnie – w odróżnieniu do pięknoduchów sanacji – zwracał uwagę na rozkręcającą się moc materialną III Rzeszy i Związku Sowieckiego. Jednak zderzywszy się z niewydolnością i impotencją Drugiej RP w wywodach swych doszedł do tych samych wniosków co piłsudczyk Skwarczyński. Postawił na „wzmożenie duchowe”. Polska – głosił – „musi być i będzie narodem producentów wielkości. Skazana jest Polska na życie twarde, surowe i czynne. W gigantycznych zmaganiach o Polskę ma szukać Polak szczęścia. (…) Kultura polska musi być militarną kulturą mocy”.
Katastrofa wojenna Drugiej Rzeczpospolitej w 1939 roku udobitniła klęskę jagiellońsko-sarmackiego modelu cywilizacyjnego. Albowiem Polska międzywojenna przejęła foremność terytorialną, tyle iż zminiaturyzowaną, Rzeczpospolitej przedrozbiorowej, ale zwłaszcza jej ducha socjokulturowego. Demokrację Drugiej RP nie tyle zabałaganiły naganne nierzadko praktyki parlamentarno-gabinetowe w latach 1921-1926. Wykoślawił ją raczej pucz 1926 roku. Dyscyplinujące i uzdrawiające rządy sanacji znakowały się bodaj czy nie tymi samymi wzorcami kultury, które wyprofilowały naród szlachecki i jego sejmokrację. Sarmackiego rokoszanina, dewota i moczymordę w Drugiej RP zastąpił legionowy burdziarz, biurokrata jaśniepański i pałkarski patriota – i wszyscy oni chciwie gęby nadstawiali, gdy czop z beczki wybito. Wszak w przedwrześniowej Polsce w najlepsze trwał „bal w operze” i wyszynk nie ustawał jak w obozie pod Żwańcem.
prof. Jarosław Bratkiewicz
Myśl Polska, nr 17-18 (27.04-3.05.2026)
















