Politycy od lat przekonują Polaków, iż masowa imigracja zarobkowa jest koniecznością. Słyszymy o brakach kadrowych, starzejącym się społeczeństwie i potrzebach gospodarki. Rzadko jednak pada najważniejsze pytanie: kto na tym wszystkim zarabia? Odpowiedź jest prosta – przede wszystkim wielkie agencje zatrudnienia, które uczyniły z masowego sprowadzania cudzoziemców niezwykle dochodowy model biznesowy.
Za biznes migracyjny w Polsce nie odpowiadają zwykli, polscy pośrednicy pracy. To internacjonalne przedsiębiorstwa obsługujące cały proces – od rekrutacji w Indiach, Nepalu, Bangladeszu, Pakistanie, Filipinach czy krajach Afryki, przez organizację dokumentów i transportu, aż po kierowanie pracowników do polskich fabryk, magazynów, centrów logistycznych i budów. Im więcej osób sprowadzą, tym więcej zarabiają. To biznes oparty na skali – dla agencji jeden człowiek to tylko kolejna pozycja w arkuszu kalkulacyjnym, kolejny kontrakt, kolejna prowizja, kolejne źródło przychodu.
Szczególnie dochodowy okazuje się model outsourcingowy. Formalnym pracodawcą pozostaje agencja, podczas gdy pracownik wykonuje obowiązki dla innej firmy. Oznacza to stały strumień przychodów i jeszcze większą kontrolę nad całym procesem.
Najbardziej niepokojące jest jednak to, iż wokół masowej imigracji wyrósł cały przemysł. Obok dużych agencji powstają dziesiątki mniejszych, często ukraińskich biur zajmujących się legalizacją pobytu. Oferują przygotowywanie dokumentów, tłumaczenia, składanie wniosków, kontakt z urzędami i zmianę podstaw pobytu. Im więcej cudzoziemców przyjeżdża do Polski, tym większy rynek dla kolejnych firm żyjących z obsługi imigracji.
Ogromne kontrowersje budzi również wykorzystywanie ścieżki studenckiej. W ostatnich latach ujawniono liczne nieprawidłowości związane z częścią uczelni przyjmujących bardzo dużą liczbę cudzoziemców. o ile nauka staje się jedynie formalną podstawą pobytu, a rzeczywista kontrola uczestnictwa w zajęciach jest niewystarczająca, państwo powinno reagować natychmiast. System wizowy nie może być oparty wyłącznie na zaufaniu.
Jeszcze większe zdziwienie budzi fakt, iż część największych graczy na rynku otrzymywała wielomilionową pomoc publiczną. Mówimy o milionach złotych pochodzących z kieszeni podatników. Niezależnie od tego, czy decyzje zapadały za rządów Prawa i Sprawiedliwości, czy Koalicji Obywatelskiej, jedno pytanie pozostaje aktualne: dlaczego podatnicy mają finansować przedsiębiorstwa, których model biznesowy opiera się na sprowadzaniu coraz większej liczby pracowników z zagranicy?
Od lat słyszymy także o „uszczelnianiu systemu”. Najpierw zapowiadał je PiS. Dziś zapowiada je rząd Donalda Tuska. Tymczasem skala wydawanych zezwoleń na pracę i liczba cudzoziemców korzystających z różnych podstaw legalnego pobytu pokazują, iż społeczeństwo ma prawo oczekiwać konkretnych efektów, a nie kolejnych deklaracji.
Trudno również nie odnieść wrażenia, iż duże agencje zatrudnienia wypracowały wyjątkowo silną pozycję wobec państwa. Branża, która obraca setkami milionów złotych, siłą rzeczy dysponuje znacznymi możliwościami wpływania na debatę publiczną i przedstawiania własnych postulatów. Tym bardziej potrzebna jest pełna jawność konsultacji, przejrzystość procesu legislacyjnego oraz kontrola ewentualnych konfliktów interesów.
Największym problemem nie są jednak same agencje. Każda firma działa dla zysku i trudno oczekiwać od prywatnych przedsiębiorstw kierowania się interesem państwa. To państwo tworzy przepisy, wydaje wizy i zezwolenia na pracę. Wreszcie to państwo finansuje przedsiębiorców z publicznych pieniędzy i odpowiada za kulejącą kontrolę całego systemu. o ile bowiem system zachęca do coraz większej skali sprowadzania cudzoziemców, nie można udawać, iż wszystko dzieje się samo. Za każdą decyzją stoją konkretne przepisy, konkretni urzędnicy i konkretni politycy z rządzącej kliki PO-PiS.
Polska potrzebuje dziś polityki migracyjnej podporządkowanej przede wszystkim interesowi państwa i obywateli, a nie interesom branży pośrednictwa pracy. Potrzebny jest pełny audyt wydawania wiz krajowych, zezwoleń na pracę i zezwoleń na pobyt, jawny wykaz wszystkich dotacji przekazanych agencjom zatrudnienia oraz skuteczna kontrola uczelni wykorzystywanych jako podstawa legalizacji pobytu.
Polacy mają prawo wiedzieć, kto zarabia na obecnym modelu migracji, jakie pieniądze publiczne trafiają do tego sektora i czy państwo rzeczywiście panuje nad procesami, które samo uruchomiło. W normalnym państwie takie pytania nie są przejawem uprzedzeń. Są obowiązkiem świadomego społeczeństwa. Ostatecznie nie może być tak, iż Polska jest zalewana obcymi ludami, zarabiają na tym agencje pośrednictwa i zagraniczne koncerny, a koszty są uspołeczniane i płacone przez zwykłych obywateli w spadku bezpieczeństwa na ulicach.
Co więcej, zwykłym Polakom odbiera się prawo decydowania o polityce migracyjnej, która jest narzucana odgórnie.
Polecamy również: Migranci organizują przemyt migrantów







