85 lat temu w orędziu o stanie państwa Franklina D. Roosevelta z 6 stycznia 1941 roku do Kongresu USA znalazły się „cztery wolności”, które miały być dostępne wszystkim mieszkańcom globu w nowym ładzie powojennym: wolność słowa, wolność religii, wolność od niedostatku i wolność od strachu. Te chwalebne postulaty włączono do Karty Atlantyckiej, a po wojnie do Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka.
Skupienie uwagi na wolności od strachu miało niewątpliwie związek z okrutnymi doświadczeniami dwu totalitaryzmów III Rzeszy i stalinowskiego Związku Radzieckiego. To w nich wykorzystywano strach do maksymalnej kontroli społecznej, jakiej nie znano w takiej skali we wcześniejszej historii. Oczywiście, nikt wtedy nie przypuszczał, iż druga połowa XX wieku przyniesie kolejne eksperymenty w postaci obłędnej „rewolucji kulturalnej” w maoistowskich Chinach czy ludobójczych praktyk Czerwonych Khmerów w Kambodży.
We wszystkich reżimach totalitarnych rozbudowany przymus fizyczny i machiny propagandowe poddawały ludność takim cierpieniom i udręce, iż życie w strachu stało się gorsze niż utrata wszystkich innych wolności. Sprzeciw wobec reżimu został praktycznie wyeliminowany albo przez jawny terror, albo wszechobecny strach przed możliwymi represjami (obozy koncentracyjne, gułagi, zsyłki, katorgi). Przeciwnicy byli piętnowani jako wrogowie państwa i ludu, a system inwigilacji i sieć informatorów narzucały najwyższą ostrożność przed donosami. Sadystyczne okrucieństwo aparatu przymusu stało się symbolem „epoki zła”.
Choć skończył się wiek zbrodniczych reżimów totalitarnych (poza Koreą Północną, Erytreą czy Turkmenistanem), przez cały czas istnieją liczne reżimy autorytarne, począwszy od Chin, w których strach w połączeniu z wykorzystaniem rozmaitych środków technicznych jest podstawą skutecznych rządów. Jednakże w ostatnich dekadach niezwykle wzrosły niepewność i ryzyko utraty zdrowia i życia z powodu różnych form opresji i przemocy o charakterze pozapaństwowym, „pełzających” konfliktów, aktów terrorystycznych, cyberataków, pandemii, infodemii, dyskryminacji, klęsk żywiołowych i ekologicznych. To powoduje, iż ludzie notorycznie boją się o siebie i o bliskich. Lękliwość społeczna na dodatek jest podgrzewana przez nieudolne i tchórzliwe rządy, które umiejętność racjonalnego zarządzania kryzysami zamieniły na cyniczne manipulowanie strachem.
Notabene, to Rooseveltowi przypisuje się zdanie, iż „jedyne, czego powinniśmy się bać, to sam strach”. Paradoksalne zjawisko „strachofobii” (lęku przed strachem) osiągnęło niespotykane dotąd rozmiary. Może ono mieć charakter rzeczywisty lub wyimaginowany. Jest reakcją psychologiczną (indywidualną i grupową) oraz emocjonalną formą ucieczki przed krzywdą, bólem, zniewoleniem, unicestwieniem, porażką, okrucieństwem, torturami, a co najważniejsze, przed samą śmiercią. Ludzie odczuwają strach nie tyle z powodu jego doświadczenia w przeszłości, ile ze względu na przewidywanie i antycypowanie negatywnych odczuć w przyszłości. Odwoływanie się do przeszłości budzi czujność przed niepewną przyszłością.
Strach i towarzyszące mu emocje składają się na mechanizm przetrwania, który chroni ludzi przed niebezpieczeństwem. Czająca się za ścianą bliskość czegoś niebezpiecznego, nieoczekiwanego i nieznanego wywołuje emocje jednostkowe i społeczne, które są nieodłączną częścią ludzkiego doświadczenia. Oznacza to psychofizyczną reakcję na postrzegane zagrożenie, której skutki fizjologiczne wyrażają się w przyspieszeniu akcji serca i wzmożonej czujności. W dziejach miało to ważne znaczenie dla przetrwania gatunku. Historia ludzkości pełna jest metafizycznych lęków, często wyrażających się w oczekiwaniach na koniec świata, piekło czy apokalipsę. Niemałą rolę w tym względzie odgrywały wierzenia religijne, odwołujące się do bożego gniewu czy kary boskiej.
Starożytni Grecy personifikowali strach jako dwie odrębne siły – Dejmosa (przerażenie) i Fobosa (panikę). Oddawały one złożoność zjawiska, traktowanego jako broń, ale i istotną motywację do odstraszania przeciwników. Strach pełnił funkcję regulacyjną i hierarchizującą. Przede wszystkim lęk przed bogami wiązał wspólnotę poprzez kult, rytualne ofiary i obrzędy. Ze względu na powszechność wojen pełnił funkcję mobilizującą. Fizycznemu lękowi przed śmiercią na polu walki towarzyszyło pobudzanie do odwagi w imię honoru i zwycięstwa.
Strach jest fenomenem politycznym
Politycy wykorzystują go do wpływania na opinię publiczną i do zdobywania władzy. Ciągle aktualne jest odkrycie angielskiego filozofa z XVII wieku Thomasa Hobbesa, iż ludzie uciekając przed permanentnym stanem wojny – chaosem, zniszczeniem, śmiercią – są gotowi do posłuszeństwa wszechmocnemu suwerenowi, oddając swoje prawa za cenę pokoju i porządku. Suwerenna władza w państwie wykorzystuje strach jako warunek zgody na nią samą. Strach przed przymusem ze strony państwa, zarówno w systemach demokratycznych, jak i autorytarnych, zapewnia posłuszeństwo i uległość. Jest więc swego rodzaju walutą: za cenę bezpieczeństwa trzeba płacić posłuszeństwem.
Traktowanie strachu jako „technologii rządzenia” znajduje odzwierciedlenie w różnych koncepcjach strategicznych, odnoszących się zarówno do wojny, jak i pokoju. W czasie wojny od obywateli wymagana jest lojalność, odporność, odwaga i gotowość do poświęceń, łącznie ze złożeniem ofiary najwyższej, tj. życia. Dzięki tym cechom obrońcy są doceniani i czczeni, gdyż odpierają strach przed porażką lub unicestwieniem przez wroga. W czasie pokoju od obywateli wymaga się czujności i pracowitości, aby zabezpieczyć materialny potencjał państwa i utrzymać porządek społeczny, będący gwarancją stanu posiadania.
Znany w technikach manipulacji politycznej strach odgrywa rolę zarówno destrukcyjną, jak i organizującą porządek społeczny. Może być z jednej strony środkiem kontroli, a z drugiej narzędziem utrzymywania bądź kwestionowania władzy. Zrozumienie wszystkich odmian strachu, lęku, paniki, przerażenia, zmartwienia, rozpaczy, popłochu, traumy, histerii, grozy czy makabry pomaga w poszukiwaniu pewnego antidotum, mającego na celu podnoszenie odporności ludzi oraz umiejętności przeciwdziałania.
Wykorzystując te obserwacje władze państwowe nieustannie stosują rozmaite środki zastraszania, ostrzegając obywateli a to przed zbliżającą się wojną, przed kolejnymi falami imigrantów, przed sabotażystami wiadomego pochodzenia, rosnącą w siłę skrajną prawicą, populistami, faszystami itd. Jesteśmy świadkami narastającej bezczelności władz państwowych, przyznających sobie prawo do autorytatywnego, a przecież subiektywnego i często błędnego definiowania zagrożeń egzystencjalnych, w celu wywołania określonych skutków społecznych. Mobilizacja podczas pandemii koronawirusa bezlitośnie obnażyła te mechanizmy.
Demonizacja Rosji
Od kilku co najmniej lat trwa demonizacja Rosji i jej prezydenta, jako głównych sprawców zła, co sprzyja sterroryzowaniu świadomości społecznej. Nikt nie powinien mieć wątpliwości co do „estetycznego widma strachu”, kojarzącego się z agresywnością, imperializmem, horrorem czy brutalnością. Ludziom wmawia się przybliżanie się do stanów kojarzących się z największymi nieszczęściami przemocy i represji. Służy temu odpowiednia retoryka o trwających już „wojnach hybrydowych” czy „czasie przedwojennym”. Zachowujący zdrowy rozsądek i nawołujący do powściągliwości skazani są na potępienie ze strony większości.
W tym kontekście każdy może zadać sobie pytanie, czy rządzący rzeczywiście mają na uwadze ochronę obywateli, czy może wykorzystując społeczne niepokoje i lęki dążą do zagarnięcia jak najwięcej władzy, aby teraz i w przyszłości uniknąć jakiejkolwiek odpowiedzialności za swoje błędy i nadużycia. Jak zatem reagować na sytuację, kiedy strach staje się wszechobecny i zaczyna naruszać ludzkie i obywatelskie prawa i wolności? Co robić, jeżeli w okresie pokoju narasta nieufność, niepewność i ryzyko zagrożeń egzystencjalnych, także przy udziale legalnych władz? Czy w takich sytuacjach ludzie mają prawo wypowiedzieć „wszechmocnemu suwerenowi” posłuszeństwo? Jak mogą to uczynić, jeżeli „karząca ręka sprawiedliwości” pozwala władzy funkcjonować choćby wtedy, gdy ulega ona alienacji i oderwaniu od interesów społeczeństwa i państwa?
Realistyczna konceptualizacja systemu stosunków międzynarodowych opiera się na nieuniknionym i powszechnym występowaniu „dylematu bezpieczeństwa”. W anarchicznym, czyli pozbawionym centralnego ośrodka władzy i jednocześnie poliarchicznym, wielowładczym środowisku międzynarodowym, strach jednych przed drugimi stanowi stałą, immanentną cechę tej sfery rzeczywistości. Każde państwo, dążąc do zwiększenia swojego bezpieczeństwa poprzez zbrojenia, z konieczności wzbudza lęk u innych państw, które nie są w stanie rozpoznać, czy zbrojenia mają charakter ofensywny czy defensywny.
W tych okolicznościach wytwarza się „błędne koło”. Strona zwiększająca swoje zbrojenia dla obronności wywołuje po stronie przeciwnej reakcję w postaci eskalacji własnych zbrojeń. W efekcie każdy działa w zgodzie z racjonalną logiką obronną, wywołując jednak efekt odwrotny, tzn. zmniejszania wzajemnego bezpieczeństwa. Inaczej mówiąc, działania państw, mające na celu wzmacnianie ich bezpieczeństwa, wywołują niepokój w innych państwach, co prowadzi do stale rosnącej niepewności, narastającej rywalizacji i eskalacji ryzyka wojny.
Błędne odczytanie rzeczywistości
Dylemat bezpieczeństwa byłby jedynie prostą konstrukcją interpretacyjną zachowań państw, gdyby nie jego paradoksalny wymiar, związany z błędnym odczytywaniem motywów, intencji, interesów i możliwości działania innych państw. Ten paradoks ujawnił się ostatnio najwyraźniej w przypadku rosyjskiej agresji na Ukrainie. Państwa zachodnie, popierające od wielu lat Ukrainę i przygotowujące ją do bezpośredniego starcia z Rosją, nie mogły przecież nie przewidzieć groźnej reakcji rosyjskiej. Zgodnie bowiem z przywołaną wyżej koncepcją dylematu bezpieczeństwa, było bardzo prawdopodobne, a choćby pewne przeciwdziałanie Moskwy, łącznie z użyciem siły.
Niemożliwość ucieczki od dylematu bezpieczeństwa ujawnia się także w trwającym przestawianiu myślenia liberalnego na tory wojenne. W obliczu rywalizacji z Rosją i Chinami Unia Europejska zamiast łagodzić zgodnie ze swoimi ideałami konfliktowość w stosunkach międzynarodowych, stawia na eskalację zbrojeń, wydatnie przyczyniając się do zwiększania niepewności i podsycania strachu. Na tle konfliktu ukraińskiego wszystkie pseudoteorie o pokojowych intencjach państw demokratycznych ulegają dewaluacji, a politycy swoim podżeganiem do wojny odsłaniają prawdziwe oblicze egoistycznych interesów państw i wielkich koncernów zbrojeniowych.
Nowy wymiar strachowi nadaje współczesna „płynna nowoczesność” (Zygmunt Bauman). Źródłem strachu nie są już tylko konkretne, zidentyfikowane zagrożenia, ale rozproszona, niezdefiniowana niepewność. Strach stał się środkiem politycznych kalkulacji, metodycznego i cynicznego wykorzystywania różnych okazji dla wprowadzania nadzwyczajnych środków bezpieczeństwa. Z takim ujęciem koresponduje w pewnym sensie myśl Michela Foucault, iż współczesne państwa zamiast stosowania otwartego przymusu fizycznego, sięgają po subtelne i wyrafinowane mechanizmy kształtowania zachowań zbiorowych, poprzez edukację, wartości, normy, statystykę i in.
Ataki terrorystyczne z 11 września 2001 roku na obiekty w Nowym Jorku i w Waszyngtonie stały się pretekstem do tzw. wojny z terroryzmem, do napaści na Afganistan i na Irak. W USA wprowadzono ekstremalne środki bezpieczeństwa (izolacja podejrzanych w Guantanamo, tajny program tortur, masowa inwigilacja, zaniechanie praw procesowych dla podejrzanych, dyskryminacja muzułmanów w imigracji i in.), które przy przyzwoleniu społecznym, wywołanym paniką, stały się normą. Strach został zamieniony w technologię zarządzania populacją.
W nauce o stosunkach międzynarodowych znana jest koncepcja „sekurytyzacji”, wypracowana w szkole kopenhaskiej w latach dziewięćdziesiątych ub. wieku (Barry Buzan, Ole Waever, Jaap de Wilde). Według tego podejścia, zagrożenia bezpieczeństwa nie są obiektywnym faktem, ale są społecznie konstruowane przez akty mowy w procesie dyskursu publicznego. Najwięksi aktorzy polityczni, zwłaszcza rządzący, do perfekcji opanowali sztukę definiowania egzystencjalnych zagrożeń dla społeczeństwa jako całości. Konstruując demonicznego wroga (tak zewnętrznego, jak wewnętrznego), uwagę kieruje się nie tyle na samo istnienie zagrożenia, ile na podsycanie panicznych nastrojów strachu. Pozwalają one rządzącym na przyjmowanie nadzwyczajnych środków często z pominięciem reguł praworządności i demokratycznej kultury politycznej.
Manipulacja strachem
W myśl koncepcji „sekurytyzacji”, rządzący w Polsce dość skutecznie opanowali sztukę manipulowania strachem. Wmawiają oni społeczeństwu, iż strach jest typowy dla systemów autorytarnych, w których represyjne państwo i autokratyczna (dyktatorska) władza wykorzystuje przemoc (terror) do podporządkowywania sobie obywateli. Tymczasem demokracja w ich rozumieniu chroni ludzi przed wszelkim złem. W rzeczywistości współczesne demokracje ulegają oligarchizacji i sprzeniewierzają się swojej legitymizacji, opartej na uczestnictwie obywateli w kreowaniu władz i wpływaniu na decyzje polityczne. Wybory do ciał przedstawicielskich stały się fikcją, gdyż nie zapewniają rzeczywistej wolnej gry sił politycznych, ani alternacji władzy. Przy pomocy rozmaitych technik manipulacji opinią publiczną, tak można kontrolować ich przebieg, aby wynik wyborczy odpowiadał interesom oligarchii, koncentrującej się wokół dwóch biegunów, demonstracyjnie zwalczających się, ale w istocie strzegących tego samego układu.
Władza oligarchiczna manipuluje strachem wobec podporządkowanych, ale sama przestaje się bać swojej odpowiedzialności przed elektoratem. choćby gdy w wyniku kolejnych wyborów następują pewne korekty w reprezentacji politycznej społeczeństwa, to generalnie nie ma szans na demokratyczną wymianę elit rządzących. Następuje ich petryfikacja i reprodukcja w zamkniętym kręgu. W razie wybuchu jakichś form sprzeciwu, buntu czy nieposłuszeństwa obywatelskiego, władze we współczesnych demokracjach dysponują na tyle silnym i sprawnym aparatem przymusu, iż są w stanie skutecznie je spacyfikować.
Strach stał się użytecznym zasobem politycznym. Pozwala władzy na podejmowanie działań ofensywnych, bez pytania wyborców o zgodę czy akceptację, na przykład w sprawach nakładów na zbrojenia i militaryzacji życia publicznego. Osobliwością stało się „prężenie muskułów” europejskich przywódców politycznych w obronie Ukrainy, której reżim polityczny pełen jest rozmaitych patologii ideologicznych i korupcyjnych. Jak to się dzieje, iż liberalny instytucjonalizm Unii Europejskiej uodpornił jej liderów na strach przed agresywnością Rosji, a nie pozwala dostrzec zagrożeń płynących ze strony samej Ukrainy, uwikłanej w rasistowskie i nacjonalistyczne miazmaty. Z powodu takich uwarunkowań warto zastanowić się, czy źródłem strachu nie powinno być także państwo uznawane sztucznie za „przyjazne” i „przyjacielskie”, którego przyszłość jest niepewna, a koszty utrzymania nie do udźwignięcia.
Metoda rządzenia
Państwa instytucjonalnego Zachodu nauczyły się zwalczać wszystkich, którzy nie godzą się z porządkiem hegemonicznym, narzucanym przez układ euroatlantycki. Stygmatyzowanie każdego, kto sprzeciwia się hegemonii Zachodu pozwala wykluczać krnąbrnych uczestników, obdarzanych epitetami „zbójeckich”, „pariasów” czy „osi zła”, ze wspólnoty międzynarodowej. W ten sposób sztucznie wykreowany strach przez Iranem, Irakiem, Libią czy Syrią dawał podstawy dla uruchomiania akcji przymusu bezpośredniego w postaci interwencji zbrojnych. W strategii USA nic pod tym względem się nie zmienia, o czym świadczą ataki przeciw Wenezueli.
Przeciwnikiem legalnych władz w państwach zachodnich jest tzw. strach tożsamościowy, kreowany przez ugrupowania opozycyjne, odwołujące się do źródeł suwerenizmu, tradycjonalizmu i obrony dobrostanu, zagrożonego przez obcych. Mamy do czynienia z konfliktem wartości, który zagraża samej demokracji. Każda ze stron konfrontacji ucieka się do szukania „kozła ofiarnego”, czyli wskazywania konkretnej instytucji (także obcego państwa), wydarzenia, grupy etnicznej, rasowej lub politycznej, jako pierwotnej przyczyny narastających problemów. Szukanie „kozła ofiarnego” podsyca gniew, strach i dyskryminację, dając oskarżającym komfort wyższości czy dominacji. Każda epoka ma swoich „kozłów ofiarnych”, na których zrzuca się odpowiedzialność za wszystkie nieszczęścia, których głównymi sprawcami są rządzący.
Nie ulega wątpliwości, iż strach czyni ludzi bardziej podatnymi na perswazję, manipulację, agitację i propagandę. Komunikaty nacechowane emocjonalnie, dzięki odwołaniu do strachu mobilizują ludzi i dodają energii masom. Wiedzą o tym politycy wszystkich orientacji ideowych, dlatego wykorzystują strach jako środek przetwarzania informacji, kształtowania postaw i zachowań, a także wpływu na podejmowanie decyzji wyborczych. Entuzjazm wywołany mobilizacją społeczną może mieć jednak zgubne konsekwencje w utrwalaniu rozmaitych fanatyzmów, dogmatyzacji postaw czy promowaniu „bezkrytycznego obywatelstwa”.
Z tych wszystkich powodów strach nie jest anomalią, ale trwałym i nieodłącznym elementem życia społecznego. Nie jest to zwykła emocja, którą można przezwyciężyć przy pomocy racjonalnej argumentacji. To splot złożonych doświadczeń psychologicznych i fizjologicznych, które determinują mechanizmy przetrwania ludzi w sytuacjach zagrożeń. Paradoks polega na tym, iż im człowiek pewniej się czuje, tym bardziej się boi. Zdaje sobie bowiem sprawę z tego, iż nie istnieje „absolutne bezpieczeństwo, tylko różne stopnie niepewności” (Salman Rushdie).
Prof. Stanisław Bieleń
Myśl Polska, nr 1-2 (4-11.12.2025)















