Konsekwencją rozpadu ZSRR było zniknięcie jednego z najważniejszych podmiotów w grze międzymocarstwowej, co spowodowało, iż zachodnie potęgi przypisały sobie zasługi zwycięstwa w „zimnej wojnie”.
Rosję wyłączono wtedy z ekskluzywnego grona, choć uznano ją w wielu sprawach za sukcesorkę komunistycznego imperium. Zamiast jednak podjąć próbę włączenia jej w pozimnowojenny system współdziałania, co z różnych względów nie było sprawą łatwą, postawiono na jej osłabianie i całkowite wyeliminowanie z gry. Odrzucanie kompromisów i wzywanie do zadania jej strategicznej klęski opierało się na fałszywej tezie o możliwości powtórzenia zmasowanej presji, szerokich sankcji i izolacji, które ostatecznie doprowadziły do klęski ZSRR. Był to sukces strategii powstrzymywania, przyjętej jeszcze za czasów Trumana, polegającej na militarnym odstraszaniu i rozsadzaniu bloku wschodniego od wewnątrz. Po rozpadzie ZSRR i likwidacji bloku wschodniego Amerykanie zastąpili swoje zmagania z komunizmem nową misją zwalczania Rosji jako wroga cywilizacyjnego. Zachód znów zaczął definiować się poprzez sprzeciw wobec Rosji, choćby gdy działo się to ze szkodą dla państw zachodnich, choćby z powodu odcinania się od tanich zasobów energetycznych.
Wobec ofensywnego zachowania mocarstw zachodnich, zwłaszcza jeżeli chodzi o ekspansję NATO na wschód, nastąpiła degradacja dotychczasowych zabezpieczeń normatywnych. Dyplomacja i dyskretne porozumiewanie się między stronami ustąpiły na rzecz działań zaczepnych. Rytualne odwoływanie się do pokoju w rzeczywistości służyło jako przykrywka dla wykorzystywania przewagi nad stroną przeciwną. W drugiej dekadzie XXI stulecia Ukraina stała się polem przeciągania „czerwonych linii” między Zachodem a Rosją, co ostatecznie skutkowało wybuchem wojny. Dyplomacja ustąpiła sile oręża.
Zgodnie z neoliberalną szkołą myślenia, od lat dziewięćdziesiątych ub. wieku upowszechniano mit o oparciu porządku międzynarodowego na wspólnych zasadach i wartościach, które w skali globalnej miały redukować chaos, a kontrolę nad rywalizacją międzynarodową powierzać Stanom Zjednoczonym. Na tym tle dość wcześnie doszło do sprzeciwu ze strony dwu najważniejszych państw, Rosji i Chin, które zbliżyły się do siebie w obronie praw suwerennych. W rezultacie tzw. dyplomacja globalizacyjna poniosła klęskę.
Zaniechano nie tylko praktykowania rozmaitych form plurilogu, ale przyjęto na Zachodzie dość powszechną metodę przywoływania krnąbrnych do porządku przy pomocy presji psychologicznej, gróźb i dyfamacji, sankcji i restrykcji oraz interwencji, łącznie z użyciem siły. Ekspedycje karne przeciw Afganistanowi, Irakowi czy Libii świadczą z jednej strony o pogardzie dla norm prawa międzynarodowego, a z drugiej o braku odpowiedzialności za niszczenie cudzego dziedzictwa i dobrostanu, w rezultacie czego doprowadzono te kraje do ruiny.
Pierwsze zapowiedzi zmian
Praktyczne kroki na rzecz zakończenia wojny na Ukrainie dają nadzieję na powrót do dyplomacji mocarstwowej, uznającej nie tyle prymat jednej potęgi, ile swoisty konsensus kilku najważniejszych. W opinii międzynarodowej jest to odbierane jako zagrożenie nowym „spiskiem” mocarstw, a nie jako szansa na wypracowanie „kolektywnych” decyzji w systemie międzynarodowym. Wskrzeszany co i raz „duch Jałty” prowokuje alarmistyczne tony, gdy na horyzoncie pojawia się szansa porozumienia na najwyższym szczeblu („na szczycie”) między największymi graczami, tj. USA, Chinami i Rosją.
Koszty przywrócenia dyplomacji równoważącej są rzeczywiście niebezpieczne dla państw mniejszych i słabszych, których przedstawiciele w wielu miejscach zostali nobilitowani przez protekcję amerykańską do roli współuczestników gry. Dotyczy to choćby republik bałtyckich, których politycy uwierzyli, iż swoją wojowniczą retoryką przeciw Rosji wzmacniają sojusz północnoatlantycki. Mało tego, włączenie małych i średnich państw do współpracy z zaoceaniczną potęgą dało im dużo możliwości rozwojowych, z której nie chcą zrezygnować. Ktoś jednak za oceanem zorientował się, iż są granice ich dezynwoltury, która przynosi więcej szkody niż pożytku dla stabilności międzynarodowej.
Zgodnie z logiką historyczną, obserwujemy właśnie powrót do systemu dynamiki politycznej, w którym zrozumiano, iż żadne mocarstwo nie może zapanować nad innymi, ani narzucać im swoich praw. Jest to zjawisko wielokrotnie opisywane w historii, kiedy po latach przetasowań i wstrząsów następuje powrót do dyplomacji równoważącej. Już dawno odkryto, iż losy państw i narodów zależą od mądrości i roztropności polityków i rządów. Nie ma żadnego determinizmu ani fatalizmu, które skazywałyby ich na konfrontacje wojenne. jeżeli jednak już do nich dochodzi bezpośrednio czy choćby pośrednio, to będąca ich konsekwencją redystrybucja sił między mocarstwami prowadzi do przeobrażeń systemowych. Jesteśmy właśnie świadkami takich zmian, polegających na dehegemonizacji systemu międzynarodowego na rzecz nowej polaryzacji.
Rosji bardzo to odpowiada, gdyż elity rosyjskie tęsknią do czasów, kiedy Roosevelt ze Stalinem i Churchillem potrafili stworzyć wielką koalicję antyfaszystowską, Chruszczow z Kennedym rozpoczęli epokę détente, Nixon z Breżniewem zawarli pierwsze porozumienia o ograniczeniu zbrojeń strategicznych, a Gorbaczow z Reaganem zdemontowali „zimną wojnę”. Te wszystkie przykłady świadczą o umiejętności racjonalizacji polityki wielkich potęg, choćby gdy część z nich nie nadąża za koniecznością zmian. Najciekawsze jest to, iż impuls dla rewizji współczesnego „sprawiedliwego” układu sił (iustum potentiae equilibrium) wyszedł ze strony amerykańskiego hegemona, a nie traktowanej jako wróg Rosji.
Dla Rosjan Stany Zjednoczone są ciągle najważniejszym punktem odniesienia. Często stanowiły wzór do naśladowania w technologii i kulturze, ale najbardziej zbliża obydwa mocarstwa – chyba już od Lincolna i Aleksandra II w XIX wieku – świadomość ich umiejętności decydowania o historii świata. Zwracał zresztą na to uwagę jako pierwszy słynny ze swojej analizy demokracji amerykańskiej Francuz Alexis de Tocqueville, wskazując na ich dynamikę cywilizacyjną i inicjatywność dziejową.
Mimo wszystko Ameryka
Patrząc na negatywne doświadczenia ostatnich dekad w relacjach rosyjsko-amerykańskich można dojść do wniosku, iż Rosjanie nie zrażają się doznawanymi upokorzeniami ze strony USA. Wiele przecież prób współpracy po „zimnej wojnie” kończyło się rozczarowaniami i niepowodzeniem. Reset między Jelcynem i Clintonem, Putinem i Bushem juniorem oraz Miedwiediewem i Obamą nie spowodował przejścia do instytucjonalizacji dialogu i utrwalenia wzorów współpracy. Przeciwnie, za każdym razem strona amerykańska próbowała wykazać swoją wyższość i dowodziła przewag, co kulminowało w kryzysach w Jugosławii, Iraku, Libii i Syrii.
Wygląda jednak na to, iż ze względu na różne kompleksy, tak samo jak w czasach radzieckich, Rosja wciąż oczekuje uznania partnerskiego statusu ze strony Ameryki, zwłaszcza w odniesieniu do spraw bezpieczeństwa międzynarodowego. O ile liberalny establishment USA wrogo odnosił się do ambicji odbudowy rosyjskiej pozycji mocarstwowej oraz autonomii w polityce zagranicznej Kremla, o tyle sytuacja zmieniła się po kolejnych elekcjach prezydenckich Trumpa. Jego wybór na pierwszą kadencję w 2016 roku sprawił, iż Rosja nie musiała dostosowywać się do amerykańskich wartości liberalnych i popierania globalizacji. Mimo różnic, można było szukać wiele stycznych z nową ekipą tak w sferze aksjologicznej, jak i strategicznej. Niektórym choćby marzył się globalny sojusz konserwatystów przeciw liberalizmowi, który pozwoliłby Rosjanom i Amerykanom odbudować dialog dyplomatyczny.
Reelekcja Trumpa w 2024 roku ożywiła rosyjskie nadzieje na współpracę. W międzyczasie, za prezydentury Bidena stosunki dwustronne znalazły się w głębokim kryzysie, a wybuch wojny na Ukrainie spowodował eskalację sankcji i izolowania Rosji na arenie dyplomatycznej. Powrót republikanów do Białego Domu dawał więc nadzieję na naprawę zepsutych relacji. Choć „duch Anchorage” nie przyniósł owoców w postaci rozwiązania konfliktu na Ukrainie na warunkach Rosji, to jednak zainicjował nadzieje po obu stronach, iż uda się odbudować partnerstwo rosyjsko-amerykańskie.
Powrót do myślenia w kategoriach równoważenia sił jest konsekwencją odejścia administracji amerykańskiej od założeń neoliberalizmu i zwrócenia się ku tradycji myślenia realistycznego. Jego źródła znajdują się w założeniach zarówno neorealizmu defensywnego Kennetha Waltza, jak i realizmu ofensywnego Johna Mearsheimera. Choć w Polsce te „teorie” nie znalazły aplauzu ze względów rusofobicznych, to jednak wśród części polityków amerykańskich dojrzewa idea, iż osiągnięcie maksymalistycznych celów wyłącznie środkami militarnymi staje się niemożliwe. Zarówno konflikty na dużą skalę, jak i długotrwałe konflikty o ograniczonej skali stają się zbyt kosztowne. Wojny na Ukrainie czy na Bliskim Wschodzie pokazują, iż użycie siły militarnej raczej komplikuje niż rozwiązuje problemy. Dlatego coraz bardziej wyrazistym celem skłóconych państw pozostaje porozumienie, a nie „parada zwycięstwa” w stolicy pokonanego wroga.
Gra nie pozostało skończona
Zanim jednak dojdzie do normatywizacji nowego porządku, równolegle będą występować tendencje równoważące i przeciwważące, oparte na łączeniu groźby użycia przemocy i powrotu do negocjacji. Silne lobby zbrojeniowe nie zamierza oddawać pola zwolennikom deeskalacji, dlatego konfrontacyjny kurs będzie przeciągać się bez rozstrzygającego starcia. Ponieważ w wielu państwach Zachodu narastają konflikty wewnętrzne na tle gospodarczym i politycznym, to jedyną nadzieją jest porzucenie, a przynajmniej wyhamowanie dążeń różnych sił na rzecz uniwersalizacji liberalnych dogmatów i narzucenia światu ideologicznej homogeniczności. Do takich wniosków prędzej czy później dojdą także rządy państw Unii Europejskiej.
Powrót do poszanowania tożsamości poszczególnych państw, a choćby całych ich ugrupowań (na przykład Globalnego Południa) daje nadzieję, iż największe mocarstwa porozumieją się co do granic własnego bezpieczeństwa. W reakcji na długotrwałą, bo trwającą już kilka dekad niepewność, istnieje szansa na powrót do neorealizmu defensywnego, w którym bezpieczeństwo jednej ze stron konfrontacji kończy się tam, gdzie zaczyna się bezpieczeństwo drugiej strony lub stron.
Rosja z powodu wojny na Ukrainie ma przeciwko sobie niemal całą Europę, dlatego tak ważnym dla niej jest osiągnięcie porozumienia z obecną administracją amerykańską. Część rosyjskiej elity politycznej upatruje w dobrych relacjach z Trumpem szans na wyjście z impasu i nową legitymizację w układzie sił mocarstwowych. Do eksponentów takiego myślenia należy na przykład Kirił Dmitrijew, szef Rosyjskiego Funduszu Inwestycji Bezpośrednich, który traktuje pokój na Ukrainie jako początek nowego otwarcia we współpracy z USA. Gdyby za oceanem umocnił się nurt konserwatywny i izolacjonistyczny, byłaby to naturalna przesłanka dla normalizacji stosunków amerykańsko-rosyjskich.
Realność perspektyw na porozumienie zależy w dużej mierze od diagnozy długofalowej polityki amerykańskiej. Wydaje się, iż Trump ze swoimi akolitami pojmuje nowe równoważenie sił w sposób wybiórczy i skrajnie tendencyjny. Podtrzymując wojnę na Ukrainie oraz rozpalając konflikt irański stawia raczej na obronę globalnej dominacji poprzez powstrzymywanie wpływów Chin, Rosji i ich popleczników. Stąd dystans i wahania strony rosyjskiej, jak daleko można posunąć się w poszukiwaniu kompromisu, aby nie tracić swoich eurazjatyckich atutów.
Rosjanie są przekonani, ze względu na przywiązanie do swojego statusu międzynarodowego i pozycji strategicznej, iż ich potęga ma przyszłość także i bez ustępowania czy akomodacji wobec USA. Dlatego dyplomację równoważącą traktują jako możliwość, a nie kategoryczny imperatyw. Doświadczenia ostatnich kilku dekad pokazują, iż system międzynarodowy ulega strukturalnej ewolucji w stronę dewesternizacji. Ze względu na wzrost regionalnych potęg i ugrupowań stosunki międzynarodowe stają się coraz bardziej zdecentralizowane, a to oznacza dystansowanie się od Zachodu i konstruowanie niezależnych od niego konstelacji państw.
Rosyjska wizja stosunków międzynarodowych koncentruje się w tej chwili przede wszystkim na interesach, podczas gdy tzw. kolektywny Zachód obstaje przy zimnowojennych założeniach o wzajemnej wrogości. Niezdolność do wyobrażenia sobie bezpieczeństwa z Rosją, a nie przeciwko niej, w połączeniu z obroną pozycji hegemonicznych USA, komplikuje na długie lata poszukiwanie klucza do porozumienia.
Sytuację pogarsza rozdźwięk w stosunkach transatlantyckich. Nie chodzi już choćby o traktowanie Unii Europejskiej przez USA w kategoriach konkurencji handlowej i gospodarczej, ale co gorsza, jest to w tej chwili konflikt ideologiczny między administracją Trumpa a większością stolic europejskich wokół pryncypiów ładu liberalnego. Również roszczenie sobie przez Brukselę prawa do przywództwa w niektórych obszarach regulacji międzynarodowych, zwłaszcza w kwestii zmian klimatu, jeszcze bardziej zakłóca relacje amerykańsko-europejskie.
Zagubiona Europa
Bez gwarantowania przez Stany Zjednoczone zewnętrznego pasa bezpieczeństwa Unia Europejska, osłabiona wyjściem Wielkiej Brytanii, nie jest w stanie obronić iluzji, iż nie ma alternatywy dla integracji europejskiej. Wykorzystuje więc konfrontację z Rosją wokół Ukrainy do konsolidacji swoich członków i potwierdzenia geopolitycznej podmiotowości, ale zjawiska kryzysowe, jak i sprzeciw części państw wobec uniformizacji zachowań w sprawie zaangażowania wojennego powodują narastanie tendencji odśrodkowych. Narasta też sceptycyzm pośród elit politycznych w sprawie możliwości utrzymania europejskiego sojuszu wojskowo-politycznego bez udziału Stanów Zjednoczonych.
Z tych powodów, mimo retoryki przywódców państw unijnych o rosnącej autonomii strategicznej Unii Europejskiej, jest ona eliminowana z dyplomacji równoważącej. choćby gdy wywołuje to fale krytyki w stolicach państw europejskich, widać wyraźnie, iż ewolucja porządku globalnego nie musi uwzględniać przy nowym rozdaniu w globalnym układzie sił miejsca dla przedstawicieli Starego Kontynentu.
Strach przed wpływem Rosji na rozwiązanie problemu ukraińskiego przesłania wielu obserwatorom tę oczywistą prawdę, iż nie we wszystkich zmianach geopolitycznych muszą brać wszyscy pretendujący do rozstrzygania o losie innych. Na przykład w sprawie zjednoczenia Niemiec decydowały skutecznie tylko te mocarstwa, które miały status okupacyjnych i odpowiedzialnych z mocy swojego wzajemnego nadania (USA, ZSRR, Wielka Brytania i Francja). Po rozpadzie ZSRR o gwarancjach bezpieczeństwa w przestrzeni poradzieckiej decydowały te, które mienią się strażnikami nieproliferacji broni jądrowej, a zatem USA, Rosja i Wielka Brytania. 5 grudnia 1994 roku w Budapeszcie przy okazji szczytu OBWE ogłoszono trzy odrębne memoranda, dotyczące gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy, Białorusi i Kazachstanu. Na mocy tych porozumień, niemających charakteru prawnotraktatowego, Stany Zjednoczone, Rosja i Wielka Brytania zobowiązały się do respektowania suwerenności i integralności terytorialnej tych trzech państw, a państwa te zobowiązały się do przekazania strategicznej broni jądrowej Rosji i przystąpienia do układu o nieproliferacji broni jądrowej. Z dzisiejszej perspektywy tylko głupcy podważają dalekowzroczną wartość porozumień.
Póki co, hipotetyczne zawieszenie działań wojennych, bez jednoznacznego zwycięstwa którejś ze stron oznaczałoby, iż Stany Zjednoczone biorą na siebie pełną odpowiedzialność za gwarancje bezpieczeństwa dla każdej ze stron konfliktu – Rosji i Ukrainy. Międzynarodowa konferencja z udziałem wielu państw mogłaby zakończyć się porażką ze względu na nieustępliwość każdej ze stron, mających poparcie części uczestników. Antyrosyjskie i jednoznacznie proukraińskie stanowisko państw Unii Europejskiej eliminuje je zatem w oczach USA i Rosji z formatu pokojowego.
Co ciekawe, z ról wspierających w charakterze mediatorów rezygnują także takie państwa, jak Finlandia czy Norwegia, które mają niezłe doświadczenia w doprowadzaniu zwaśnionych stron do pokoju, ale ulegają presji unijnej ze względów ambicjonalnych.
Tymczasem powrót do dyplomacji równoważącej już stał się faktem. Spotkanie na Florydzie ministrów spraw zagranicznych G20 z udziałem Siergieja Ławrowa, mające na celu przygotowanie szczytu tego ugrupowania w połowie grudnia 2026 roku pokazuje, iż USA biorą na siebie odpowiedzialność za przywrócenie kontaktów ze stroną rosyjską, co wcale nie musi oznaczać legitymizowania jej stanowiska wobec wielu problemów dwustronnych i wielostronnych. Rosja zepchnięta na margines Europy triumfuje, gdyż może w tej chwili działać jako aktor eurazjatycki, zewnętrzny wobec konfliktu, w którym uwikłane są państwa europejskie. Na marginesie warto dodać, iż polska dyplomacja w aktualnym stanie emocjonalnego rozedrgania i proukraińskiej stronniczości nie ma szans na odegranie jakiejkolwiek konstruktywnej roli w dyplomacji równoważącej. Wygląda na to, iż europejscy politycy na dobre oddali inicjatywy pokojowe w ręce największych graczy w trójkącie USA-Chiny-Rosja.
Prof. Stanisław Bieleń
Myśl Polska, nr 45-46 (8-15.11.2026)















