O problemach pojednania w stosunkach międzynarodowych napisano tysiące dzieł. Polskie biblioteki są pełne opisów i analiz procesów normalizacji przede wszystkim w stosunkach z Niemcami.
Pojednanie polsko-niemieckie stało się rozwiązaniem „modelowym”, do którego nawiązuje się przy różnych okazjach, gdy przywraca się zdolność do pokojowej współpracy, po latach tragedii i traum w stosunkach między skonfliktowanymi narodami i państwami. Warto pamiętać, iż pojęcie pojednania czy rekoncyliacji jest nieostre. Pochodzi z języka łacińskiego – „reconciliatio” oznacza przywrócenie jedności. Termin zawiera w sobie brzmienie „conciliare” – zjednać, odzyskać, pogodzić kogoś z kimś. Prefiks „re” stanowi odnowienie pierwotnej jedności, ponowne doprowadzenie do zgody i spotkania zwaśnionych stron. Postawy rekoncyliacyjne mają zatem na uwadze tworzenie warunków społecznych, psychologicznych, materialnych, aby autentyczne i skuteczne pojednanie zaistniało.
Dla jednych pojednanie oznacza trudno osiągalny cel, dla innych jest skomplikowanym procesem, który występuje na różnych poziomach życia społecznego, między narodami i państwami, a także w życiu wewnątrzpaństwowym. Ma przede wszystkim wymiar etyczny. Niesie wiele znaczeń, takich jak: naprawianie relacji międzyludzkich, przywracanie zerwanych więzi, budowanie zgody. Odnosi się do manifestowania afirmacji wobec tych, którzy zranili, skrzywdzili lub zniszczyli innych. Daje im szansę naprawy wyrządzonego zła.
Co to znaczy „pojednanie”?
Różne mogą być przejawy pojednania – od przeprosin na poziomie oficjalnym i urzędowym, po zadośćuczynienie wobec jednostek i zbiorowości. Warunkiem trwałości i nieodwracalności tego procesu jest odcięcie się władz i społeczeństw obciążonych winą przodków od haniebnych idei i praktyk (krzywd, zbrodni, ludobójstwa, nazizmu, rasizmu, apartheidu). Jedynie jednoznaczne potępienie przejawów zła gwarantuje zgodną po każdej ze stron identyfikację sprawcy i ofiary. Nie da się tego procesu przeprowadzić bez szczerej konfrontacji z wydarzeniami, które wymagają rekonstrukcji zgodnie z kryteriami prawdy.
W imieniu skrzywdzonych społeczności występują przeważnie rządy, które dążą do przywrócenia zaufania, przekładając je na akty przebaczenia, ekspiacji, zadośćuczynienia. Same ofiary zbrodni nigdy nie mogą wybaczyć, dlatego o przebaczenie proszą politycy i instytucje kościelne, choć naprawdę nikt im nie dał takiego prawa. Przebaczenie z pewnością sprzyja pojednaniu, ale dotyka duchowości, moralności i wiary, dlatego jest przeżyciem bardzo osobistym i intymnym. Zwykle pozostawia się je kapłanom i wyznawcom religii, indywidualnym potomkom ofiar.
Pojednanie na poziomie międzypaństwowym ma charakter instrumentalny i służebny wobec politycznych interesów stron. Może prowadzić do ustanowienia wspólnych mechanizmów instytucjonalnych, mających na celu pokojowe współżycie, likwidację strachu, nieufności czy gniewu, ale angażuje przede wszystkim przywódców politycznych i struktury państwowe, a nie całość populacji. Jest to pojednanie elitarne, abstrakcyjne, często deklaratywne, pozorowane i fikcyjne.
Dlatego niezwykle ważne jest przejście na poziom psychospołeczny i jednostkowy (pojednanie oddolne i funkcjonalne). Warunkiem pojednania między ludźmi jest bowiem przyznanie się do winy i pokajanie się. Słabość tego rozumowania tkwi w tym, iż kolejne pokolenia nie ponoszą zbiorowej odpowiedzialności za czyny swoich przodków. Ba, mają prawo odrzucać tę wersję historii, która obciąża winą ich poprzedników, gdyż zostali ukształtowani w innej świadomości i (nie)pamięci. Tak zresztą zachowują się w tej chwili młode pokolenia Ukraińców.
Na takim tle rodzi się konieczność podejmowania systematycznej i żmudnej pracy na rzecz zmian mentalności – stereotypów, przekonań, nastawień i uprzedzeń. Nowych horyzontów ludzi nie da się jednak zbudować w czasie jednego pokolenia. Władze mogą oczywiście ogłosić sukces pojednania na poziomie politycznym. Nie wyeliminuje ono jednak ze stosunków wzajemnych nieufności i nienawiści. Rządy nie są bowiem w stanie zmusić potomków ofiar do pojednania z tymi, którzy z prześladowców uczynili swoich bohaterów. Rzeczywista rekoncyliacja wymaga zatem co najmniej kilku pokoleń. Jej ważnym elementem jest także oswajanie się z negatywną pamięcią, zapominanie i uwolnienie od traumy.
Gra pozorów
Jak dotąd, w stosunkach polsko-ukraińskich nigdy do takich aktów nie doszło, choćby w sferze symbolicznej. Pojednanie stało się jedynie werbalnym rytuałem i sloganem politycznym, który ma w rzeczywistości przesłaniać brak woli politycznej po stronie polityków ukraińskich, aby rozliczyć się z tragiczną historią. Jest także usprawiedliwieniem dla niemocy polskich polityków, publicystów, dziennikarzy i badaczy akademickich, którzy ulegając zaślepieniu ukrainizacją i ukrainofilią, postawili interesy narodowe Ukrainy nad interesami własnego państwa. Stworzono fałszywy mit „jedności”, który doprowadził nie tylko do przekazania ogromnych zasobów na rzecz Ukrainy (szacuje się na połowę roku 2026, iż łączny koszt donacji wyniósł ok. 17 mld zł), ale i konfrontacji sprzecznych ze sobą polityk historycznych i konfliktu interesów.
Jak dotąd, żadnego rządu ukraińskiego od czasu proklamowania niepodległej Ukrainy w 1991 roku nie stać było na to, aby podjąć próbę obrachunku z tragiczną przeszłością w stosunkach z Polską. Posowieckie kamaryle polityczne Kijowa tkwiły najpierw w przekonaniu, iż sprawy ukraińskiego ludobójstwa są kwestią minionych państwowości (ZSRR, III Rzeszy), a Ukraińcy byli jedynie przedmiotem ich polityki. Gdy już w niepodległej Ukrainie pojawiały się sygnały ostrzegawcze, iż w jej zachodniej części następuje renesans ideologii banderowskiej, zbywano to po stronie polskiej lekceważeniem i obojętnością. Z czasem, od „pomarańczowej” rewolucji w 2004 roku, rozpoczęła się fanatyczna „rekonkwista”, rozszerzanie wpływów banderyzmu na całe państwo. Wobec wypierania przez władze ukraińskie jakiegokolwiek poczucia winy oraz odpowiedzialności za haniebne czyny swoich przodków, ze strony polskiej nie podjęto żadnych skutecznych przeciwdziałań.
Tragizm sytuacji polega na tym, iż obie strony znalazły się pod wpływem całkiem przeciwstawnych filozofii geopolitycznych. Władze Ukrainy, od czasu usunięcia w 2014 roku na drodze zamachu stanu prezydenta Wiktora Janukowycza, zmierzały w kierunku realizmu politycznego, a w skrajnej postaci makiawelizmu. Chodziło o przyjęcie prozachodniego kursu, w którym celem politycznym stało się nie tylko wyrwanie Ukrainy spod wpływów rosyjskich, ale sprytne wykorzystanie poparcia państw zachodnich dla zbudowania własnej siły. Przeszłość we współczesnej grze geopolitycznej nie miała większego znaczenia. Zachodowi bowiem wcale nie zależało na tym, żeby państwo ukraińskie dokonało ekspiacji za czyny swoich przodków. Przeciwnie, Niemcom, Francuzom i Anglosasom zależało na tym, aby nacjonalizm ukraiński, niezależnie od źródeł historycznych, wzmacniał motywację Ukrainy do walki z imperialną Rosją. Polsce także odpowiadał taki punkt widzenia. Nie zdawano sobie sprawy z tego, iż w imię walki ze wspólnym wrogiem, na bazie historycznych animozji, Polska może przyłożyć rękę do wykreowania nowego oponenta i rywala.
Po stronie polskiej dominowała przede wszystkim filozofia sentymentu, prometeizmu i mesjanizmu. Postawy z nich płynące z góry skazywały polskie rządy na porażkę. W historii rzadko się zdarza, aby idealistyczne wyobrażenia i naiwne przekonania wygrywały z twardą realistyczną determinacją na rzecz osiągania radykalnych celów. Przyjmując na siebie moralne zobowiązania do udzielania Ukrainie bezwarunkowego poparcia za jej kurs na zbudowanie „anty-Rosji”, Polska w zasadzie zrezygnowała z obrony swoich historycznych racji i znalazła się na przegranej pozycji. Żadne formy wsparcia, emocjonalne demonstracje solidarności i upokarzające dowody oddania nie zapobiegły eskalacji afrontów i upokorzeń. Polityka nastawiona na mitologizację „partnerstwa i przyjaźni”, których w rzeczywistości nigdy nie było, musiała skończyć się katastrofą.
Oczekiwania strony polskiej na pojednanie z Ukrainą od początku nie miały racji bytu, gdyż nie przygotowano należytego gruntu pod taki proces, zwłaszcza w sferze świadomościowej. Nigdy przecież nie dokonano przewartościowań wspólnej historii, nie upowszechniono wiedzy historycznej o wspólnych losach na obszarach pogranicza. Nikomu nie zależało na tym, aby dokonać rekonstrukcji historycznej, pokazującej złożoność kulturową i cywilizacyjną stref zasiedlanych przez różne ludy od czasów średniowiecza. W przypadku Polski i Ukrainy ukształtowanie państw narodowych przypada dopiero na ostatnie stulecie, a choćby – jak w przypadku Ukrainy – na ostatnie dekady. Trudno więc mówić o jakiejś ciągłości interesów państwowych, a tym bardziej spójnej tożsamości narodowej.
Triumf ahistoryzmu
Nie wolno więc współczesnej mapy przykładać do długich dziejów ścierania się żywiołów polskich, litewskich, węgierskich, ruskich i tureckich. Ukraińskie zarzuty, iż polska strona była „kolonizatorem” ziem ruskich są bezzasadne i zasługują na zdecydowane odparcie. Polacy na dawnych ziemiach wschodnich nie byli gośćmi bez korzeni. O ukształtowaniu rozmaitych form zależności między nimi a resztą społeczności zadecydowały procesy ekonomiczne w okresie feudalizmu, a także preponderancja kulturowa szlachty polskiej, co jest faktem obiektywnym, a nie wymysłem.
Nie ma „odwiecznej” Ukrainy, podobnie jak mimo ponad 1000-letniej tradycji państwowości nie ma ciągłości polityczno-administracyjnej Polski. Nikt z polskiej strony nie podjął dyskusji ze stroną ukraińską, iż nie wolno nakładać współczesnych pojęć na dawne epoki, tym bardziej, iż w całej średniowiecznej Europie trwały rywalizacje plemienne i dynastyczne, których rezultatem było zajmowanie obszarów pogranicza nie jako kolonii, ale jako form symbiotycznego gospodarowania.
Gdy zdamy sobie sprawę ze złożoności uwarunkowań historycznych i geopolitycznych współczesnej Ukrainy, to łatwiej przyjdzie nam zrozumieć trudności związane z budowaniem jej tożsamości narodowej. Ideologizacja życia publicznego w czasach radzieckich, uniformizacja wzorów zachowań i dominacja narracji imperialnej, a zwłaszcza traumatyczne przeżycia w czasie wojny i okupacji niemieckiej, wszystko to spowodowało na Ukrainie wzrost zapotrzebowania na historię heroiczną i budowanie pamięci nieobciążonej grzechami przodków. Sprzyjał temu rosnący dystans czasowy, zmiany generacyjne, nowy język edukacji, a przede wszystkim napięcia i konflikty w stosunkach z Rosją na tle podziału schedy poimperialnej.
Wielu Ukraińców wraz z budową państwa tworzyło własne biografie, starając się uwolnić od obciążeń moralnych i zarzutów współuczestnictwa w reżimach, najpierw w sowieckim, a następnie nazistowskim, w czasie okupacji hitlerowskiej. Tym indywidualnym postawom towarzyszyło „zbiorowe milczenie”, które dawało władzom państwowym Ukrainy pewną dowolność w kreowaniu nowej tożsamości.
Pojednanie między Polakami a Ukraińcami musi zatem nastąpić w sferze mentalnej, aby następnie mogło przełożyć się na praktyczne zachowania. Wbrew różnym deklaracjom politycznym istnieje jednak zasadniczy konflikt między przypisaniem Ukrainie takiej, jaką ona jest dzisiaj, szczególnej roli geopolitycznej w rozprawianiu się Zachodu z Rosją a uczciwym rozliczeniem z przeszłością. Mało kto uświadamia sobie, iż w tych warunkach jakakolwiek rekoncyliacja w stosunkach polsko-ukraińskich jest niemożliwa. Pojednanie zostało bowiem poświęcone na ołtarzu interesów mocarstw zachodnich. Gdyby upierać się przy retoryce metaforycznej, jest to dowód kolejnej „zdrady Zachodu”.
Daleka droga przed nami
Proces normalizacji stosunków polsko-ukraińskich wymaga wypracowania długotrwałej strategii, opartej na intensywnej komunikacji obustronnej na różnych szczeblach porozumiewania się. Warunkiem uczciwego podejścia każdej ze stron jest jednoznaczne odcięcie się od „brunatnej” schedy nacjonalizmu ukraińskiego. Nie wystarczą okazjonalne i spektakularne deklaracje, spotykające się z milczeniem lub konsternacją drugiej strony. Potrzebna jest zaplanowana na lata dyskusja z wykorzystaniem zgromadzonej przez fachowców wiedzy historycznej, aby wypracować rekomendacje dla mądrej polityki pojednania. Wszelkie próby relatywizacji zbrodniczej działalności OUN-UPA i jawny kult zbrodniarzy muszą spotkać się z należytym odporem. Istnieją w tej chwili liczne standardy prawnomiędzynarodowe i moralno-polityczne, które ograniczają dowolność w kreowaniu składu panteonów narodowych. Bezapelacyjnym kryterium doboru kandydatów na narodowe pomniki i symbole jest ich nieskażenie złowrogimi ideologiami XX wieku, w imię których dokonano zbrodni ludobójstwa. Nie może być w tych sprawach żadnych „podwójnych” standardów, „zgniłych” kompromisów ani relatywizacji zbrodni.
W obliczu wyolbrzymianego znaczenia w grze mocarstw i rozbudzonych aspiracji integracyjnych Ukrainy z Zachodem Polska powinna przygotować się solidnie na negocjacje akcesyjne tego państwa z Unią Europejską, w których można przewidzieć z dużym prawdopodobieństwem instrumentalizację historii i działanie w złej wierze. Potrzebna jest wielka akcja propagandowa i edukacyjna pod adresem społeczeństw i polityków państw zachodnich, aby pokazać istniejący dysonans między „solidarnością wojenną” (gościnnością wobec uchodźców, wsparciem socjalnym, donacjami finansowymi i militarnymi, logistyką, sympatią medialną) a rzeczywistym napięciem na tle pamięci, tożsamości i zakłamanej „polityki historycznej”.
Gdyby strona polska została zmuszona do wykorzystania historii jako „instrumentu weta” w procesie akcesyjnym Ukrainy do Unii Europejskiej, to wszyscy jej członkowie muszą być przygotowani na zrozumienie przyczyn takiego stanowiska. Tym bardziej, iż w kraju nie brakuje fałszywych głosów, iż to nie pojednanie oparte na prawdzie jest najważniejsze, ale samo przyjęcie Ukrainy do Unii Europejskiej. Tak jakby Ukraina nie stanowiła rzeczywistego zagrożenia dla interesów Polski przez wejście do tej organizacji.
Oko za oko
Już teraz występuje swoiste rozdwojenie jaźni. Strona ukraińska stosuje chytrą taktykę, która prowadzi do osłabienia polskiej argumentacji. W sferze werbalnej ukraińscy politycy wyrażają gotowość do pojednania, ale faktycznie demonstrują silne przywiązanie do własnej, w istocie antypolskiej, wizji historii. Starają się symetryzować i relatywizować odpowiedzialność obu stron za zbrodnie z czasów II wojny światowej, zdobywając pewien poklask w samej Polsce. To znacznie osłabia polską argumentację i żądania co do warunków pojednania.
Innym niebezpieczeństwem jest medialna i polityczna ofensywa na rzecz przyjęcia tezy, iż wejście Ukrainy do Unii Europejskiej pozwoli na „zakotwiczenie” pojednania polsko-ukraińskiego w szerszych ramach integracyjnych Zachodu. Jest to nawiązanie do analogii „oswajania” powojennej Europy z Niemcami (RFN), obciążonymi zbrodniami III Rzeszy. Włączenie „republiki bońskiej” do struktur europejskich i atlantyckich zagwarantowało jej powrót do normalności i wymusiło procesy dwustronnego pojednania, zwłaszcza w stosunkach francusko-zachodnioniemieckich. Oczekuje się zatem, iż afirmacja Ukrainy na poziomie europejskim zmodyfikuje jej podejście do heroizacji sprawców zbrodni wołyńskiej.
Napięcia między „polityką pamięci” a „polityką przyszłości” mogą zostać stępione ze względu na ofiarność Ukrainy i uznanie jej zasług w obronie bezpieczeństwa europejskiego przed Rosją. Elity kijowskie są pewne swoich sukcesów w procesie akcesyjnym do Unii Europejskiej, gdyż swoim poświęceniem i ponoszeniem kosztów wojny przekonują, iż są w stanie bronić Europy przed zdemonizowanym Putinem. Jak długo uda się to przekonanie utrzymać, tak długo Ukraina będzie rozgrywać swoją „polityką historyczną” zachowania sojusznicze Polski. Polscy politycy wpadli więc w pułapkę własnych oczekiwań na zwycięstwo Ukrainy w tej tragicznej i przedłużającej się wojnie. Ukraina ma bowiem szanse na zbudowanie tożsamości „nowego przedmurza”, deklarując się „obrońcą Zachodu”, choć przecież jej obszar wraz z zamieszkującą go ludnością nigdy do cywilizacji zachodniej nie należał. W tym świetle znaczenie Polski ulegnie dewaluacji, a pretensje do historycznych krzywd zejdą na daleki plan.
Podziały i wewnętrzne spory na polskiej scenie politycznej nie ułatwiają wypracowania długofalowej perspektywy stosunków polsko-ukraińskich. Negowanie Rosji na dłuższą metę okazuje się bardziej szkodliwe dla Polski niż dla Ukrainy. Tej ostatniej dostarcza bowiem paliwa wojennego, a w sytuacji trwających działań zbrojnych uznanie polskich roszczeń na rzecz oczyszczenia tragicznej przeszłości nie ma szans powodzenia. Sytuacja taka potrwa tak długo, jak długo polscy politycy będą trwać w fałszywym przekonaniu, iż o bezpieczeństwie Polski decydują Ukraińcy. Z obecnymi rządami w Kijowie nie będzie więc żadnego realnego pojednania.
Prof. Stanisław Bieleń
Myśl Polska, nr 29-30 (19-26.07.2026)











