Białoruska opozycjonistka ograła polskojęzyczne służby

magnapolonia.org 1 час назад

Tydzień temu media opisywały sprawę tajemniczego zaginięcia białoruskiej opozycjonistki Anżaliki Mielnikawej z marionetkowego rządu na uchodźstwie Swietłany Cichanouskiej oraz jej dwóch córek, podczas wyjazdu do Dubaju. Teraz okazało się, iż kobieta przebywa wraz z córkami w Mińsku, a za pobrane od naiwnych władz warszawskich pieniądze, kupiła sobie na terenie reżimu Łukaszenki dwa mieszkania. Jej sprawa to studium kompromitacji III RP, której „elity” lubią mówić o demokracji i bezpieczeństwie, ale ich służby są otwarte na przestrzał na dowolne machinacje obcych agentów.

Białoruska opozycjonistka koncertowo ograła polskojęzyczne służby. Zaczęło się klasycznie: działaczka białoruskiej opozycji mieszka w Warszawie, działa publicznie, spotyka się zn najważniejszymi osobami w państwie, obraca ogromnymi środkami finansowymi od prywatnych darczyńców oraz polskojęzycznych władz, przeznaczonymi na działalność polityczną i społeczną, antyłukaszenkowską. Nagle – znika. Razem z dziećmi. Bez śladu. Bez alarmu. Bez reakcji adekwatnej do sytuacji.

Najpierw władze podejrzewały, iż została porwana. Potem okazało się, iż było inaczej. Jak ustalono, z konta zarządzanej przez nią fundacji zniknęły pieniądze, w tym środki przeznaczone na działalność opozycyjną, liczone w dziesiątkach tysięcy dolarów. Przypadek? Oczywiście. Tak samo jak „przypadkowe” pojawienie się jej telefonu w Mińsku i późniejsze zdjęcia z siłowni w białoruskiej stolicy. Polskie służby – jak zwykle – „monitorowały sytuację”. Rzecznik zapewnia dziś, iż „wspierają działania” i „pozostają w kontakcie”. Czyli klasyczny zestaw komunikatów zastępczych: dużo słów, zero sprawczości.

Co więcej, pojawiła się informacja, iż kobieta „od wielu tygodni przebywała poza Polską”, konkretnie w Dubaju. A zatem – państwo choćby nie zauważyło momentu, w którym osoba z dostępem do pieniędzy i wrażliwych kontaktów… po prostu wyjechała na wakacje. Bez kontroli, bez zabezpieczenia, bez podejrzeń, bez jakiejkolwiek refleksji. A potem już standard: śledztwo wszczęte po fakcie, ABW „wkracza do akcji” wtedy, gdy sprawa jest już medialna i przegrana. To typowe gaszenie pożaru, który dawno strawił cały budynek.

Dziś wiemy więcej. Pojawiają się informacje o związkach Mielnikawej z oficerem białoruskich służb oraz jej obecności w Mińsku po zaginięciu. Do tego dochodzi odzyskanie uprzednio skonfiskowanego przez reżim mieszkania oraz zakupy dwóch kolejnych nieruchomości w białoruskiej stolicy.

Czy była to operacja wywiadowcza? Twardych dowodów brak, ale zestaw faktów wygląda jak podręcznikowy scenariusz: infiltracja środowiska emigracyjnej opozycji, dostęp do finansów, nagłe zniknięcie, transfer środków, powrót do ojczystego kraju i życie na wysokim poziomie.

Jeśli to nie była operacja służb i kobieta po prostu oddała reżimowi część ukradzionych w Polsce pieniędzy w zamian za „zapomnienie win”, to jest to jeszcze gorsza wiadomość, bo oznacza, iż państwo polskie zostało ograne przez zwykłą kombinatorkę. Nie chodzi choćby o same pieniądze, choć oczywiście ich zniknięcie powinno wywołać poważne pytania o kontrolę finansowania struktur działających na terytorium Polski. Chodzi o coś bardziej podstawowego: brak elementarnej umiejętności ochrony przestrzeni operacyjnej państwa.

W Warszawie działa osoba o wysokim znaczeniu politycznym, obraca pieniędzmi, znika – a system reaguje z typowymi dla siebie opóźnieniem i bezradnością. o ile ktoś rzeczywiście „ograł” polskie służby, to nie dlatego, iż był genialny, tylko dlatego, iż po drugiej stronie nie było przeciwnika na odpowiednim poziomie. Jak mawia Stanisław Michalkiewicz – polskie służby to „kupa gówna”. Niestety, sprawa Mielnikawej potwierdza tę opinię w pełnej rozciągłości.

I to jest w tej historii najbardziej niepokojące.

Polecamy również: Lewica zmienia zdanie na temat imigranckich gwałtów. Zaczyna je akceptować

Читать всю статью