W czerwcu 2023 roku świat zachodni z zapartym tchem obserwował pierwsze akty ukraińskiej kontrofensywy w obwodzie zaporoskim. W mediach co chwila pojawiały się obrazy nowoczesnych czołgów Leopard 2 i bojowych wozów Bradley, które – jak wierzono – przesądzą o sukcesie Ukrainy. Tymczasem „cudowna broń” nie zadziałała – natarcie gwałtownie wytraciło impet na archaicznej zdawałoby się przeszkodzie – na minach.
Nie chodziło o pojedyncze pola minowe, ale o wielowarstwowe pasy zapór inżynieryjnych, ciągnące się kilometrami. Zbudowano je według zasad rzekomo przebrzmiałej sztuki. Najpierw miny przeciwpancerne, za nimi przeciwpiechotne. Dalej rowy przeciwczołgowe, betonowe „zęby smoka”, kolejne pola minowe. A nad tym wszystkim czuwała artyleria, wzmocniona nowoczesnymi elementami, takimi jak drony i przeciwpancerne pociski kierowane, gotowe razić każdy pojazd, który zwolnił lub utknął.
To była brutalna lekcja: w wojnie pozycyjnej XXI wieku zapory inżynieryjne znów stały się jednym z najważniejszych narzędzi obrony. jeżeli ktoś po Zaporożu wciąż uważa, iż miny to relikt, powinien jeszcze raz obejrzeć nagrania płonących wozów bojowych stojących w wąskim, rozminowanym korytarzu. I przyjrzeć się nagranym szturmom ukraińskiej piechoty, która po opuszczeniu transporterów co rusz natykała się na zakopane pułapki. Z tych dramatycznych relacji da się wyciągnąć tylko jeden wniosek – miny nie były dodatkiem do rosyjskiej obrony, były jej fundamentem.
Uniemożliwienie manewru
W niektórych rejonach obwodu zaporoskiego gęstość rozstawionych przez Rosjan min należała do najwyższych od czasów II wojny światowej. Pierwsza linia zapór nie miała zatrzymać „na zawsze” – jej zadaniem było zmuszenie Ukraińców do rozwinięcia pododdziałów inżynieryjnych, do użycia trałów, ładunków wydłużonych, do tworzenia wąskich przejść. Każdy taki korytarz stawał się automatycznie „lejkiem ognia” – przeciwnik Rosjan wjeżdżał w przestrzeń doskonale rozpoznaną przez drony i pokrytą artylerią. I stawał się łatwym celem.
Co więcej, gdy Ukraińcy próbowali wykorzystać powstały wyłom, Rosjanie sięgali po minowanie narzutowe – z artylerii lub systemów zdalnego stawiania zapór. Nowe miny spadały w rejon przełamania, zamykając korytarz, dezorganizując natarcie, zmuszając do ponownego rozminowywania pod ostrzałem. I tak „w koło Macieju”. W rezultacie choćby niewielkie przesunięcia linii frontu okupione były ciężkimi stratami – ludzi i sprzętu. Nie dlatego, iż Zachód „nie dał dość broni”. Dlatego, iż bez przełamania zapór inżynieryjnych żadna armia nie jest w stanie rozwinąć manewru.
I to właśnie jest istota pola minowego w nowoczesnej wojnie: ma ono odbierać przeciwnikowi tempo. A armia, która traci tempo, traci inicjatywę i z czasem przegrywa.
To nie jest „broń agresji”
W debacie publicznej miny – zwłaszcza przeciwpiechotne – przedstawia się często jako broń ślepą, prymitywną i wymykającą się spod kontroli. Problem polega na tym, iż tak mówi się o minach w oderwaniu od kontekstu wojskowego. W rzeczywistości pole minowe to nie jest rozsypany chaotycznie materiał wybuchowy. To element systemu walki, sprzężony z rozpoznaniem, ogniem artylerii, bronią przeciwpancerną i odwodami manewrowymi.
W warunkach obrony własnego terytorium miny kupują czas – na mobilizację, na przerzut odwodów, na rozwinięcie artylerii dalekiego zasięgu, wreszcie czas na wejście do walki sojuszniczych sił wsparcia. Bez zapór inżynieryjnych obrona zamienia się w ciągłe cofanie. Z zaporami – staje się walką o każdy kilometr, w której atakujący płaci za każdy metr postępu.
Dlatego miny nie są „bronią agresji”. Są klasycznym narzędziem obrony terytorium. Państwo, które rezygnuje z nich dobrowolnie, rezygnuje z jednej z najtańszych i najskuteczniejszych metod zatrzymania wroga. I właśnie z tego powodu decyzja Polski o opuszczeniu konwencji ottawskiej – zakazującej użycia min przeciwpiechotnych – nie jest politycznym kaprysem. Jest dostosowaniem się do realiów wojny z przeciwnikiem, który będzie chciał nas zalać masą sprzętu i ludzi.
Wizja zniechęcająca do ataku
Polska podpisała konwencję ottawską w 1997 roku, ratyfikowała ją w 2012. W momencie przystępowania do traktatu Wojsko Polskie dysponowało ponad milionem min przeciwpiechotnych – głównie typu POMZ i PMN, czyli konstrukcji z czasów Układu Warszawskiego. Zostały one zniszczone zgodnie z przyjętym harmonogramem, a my formalnie wypełniliśmy zobowiązania. W wymiarze politycznym wpisaliśmy się w dominującą wówczas wizję bezpieczeństwa: Europy „po historii”, w której wojna pełnoskalowa na kontynencie jest scenariuszem akademickim.
Tyle iż świat z 1997 czy choćby 2012 roku już nie istnieje.
Rosja nie tylko napadła na Ukrainę – dziś prowadzi tam wojnę pozycyjną na wyniszczenie, w której zapory inżynieryjne i miny odgrywają rolę pierwszoplanową. Co więcej – sama nie jest stroną konwencji ottawskiej, nie ogranicza się żadnymi normami. Efekt? Ukraina, która była sygnatariuszem traktatu, musiała w warunkach wojny zawiesić jego stosowanie, bo bez min nie była w stanie skutecznie się bronić. To jest sedno sprawy. Traktaty rozbrojeniowe mają sens tylko wtedy, gdy obowiązują wszystkich graczy, w przeciwnym razie stają się jednostronnym ograniczeniem.
Ta świadomość towarzyszyła autorom projektu „Tarcza Wschód”, który zakłada budowę systemu umocnień, zapór i infrastruktury obronnej wzdłuż wschodniej granicy RP. Planiści dobrze wiedzieli, iż zapora bez min byłaby półśrodkiem. Bo rowy przeciwczołgowe można zasypać, przeszkody betonowe obejść, a druty kolczaste przeciąć. Wymaga to czasu, ale nie zatrzymuje przeciwnika na dłużej. Dopiero połączenie zapór terenowych z polami minowymi tworzy realną barierę, której nie da się pokonać „z marszu”. Tę świadomość udało się zaszczepić także politykom. W rezultacie budujemy taką „Tarczę Wschód”, która nie będzie tylko sygnałem politycznym, ale także realnym komponentem odstraszania. Dzięki minom potencjalny agresor wie, iż pierwsze kilkadziesiąt kilometrów kosztować go będzie masę sprzętu i ludzi. Taka wizja może zniechęcić do ataku.
Wojna z dala od cywilów
A co z argumentami humanitarnymi? Przecież miny przeciwpiechotne zabijają także po wojnie, głównie cywilów. Dość spojrzeć na doświadczenia Afganistanu czy Bałkanów, by zrozumieć skalę problemu.
To prawda. Klasyczne miny z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych pozostawały aktywne przez dekady. Były tanie, masowe i często stawiane bez dokładnej ewidencji. Po zakończeniu konfliktu stawały się cichym zagrożeniem dla ludności cywilnej.
Ale z tego nie wynika, iż każde użycie min jest moralnie i strategicznie równoważne. Po pierwsze – Polska nie planuje minowania cudzych terytoriów ani prowadzenia wojny ekspedycyjnej. Mowa o obronie własnego państwa, na własnym obszarze, w warunkach pełnej kontroli nad systemem minowania.
Po drugie – współczesne systemy minowe różnią się od konstrukcji sprzed pół wieku. Miny mogą być wyposażone w mechanizmy autodestrukcji lub autodezaktywacji po określonym czasie. Mogą być stawiane w sposób ewidencjonowany, z cyfrowym rejestrem lokalizacji. Mogą być integrowane z systemami zdalnego stawiania zapór, co pozwala kontrolować czas i miejsce ich aktywności. To nie jest „rozsypywanie” materiałów wybuchowych. To element zarządzania przestrzenią walki.
Po trzecie – warto postawić pytanie, które rzadko pada w debacie publicznej: jaka jest alternatywa?
Brak zapór oznacza szybsze przełamanie obrony, czyli walki w gęsto zaludnionych obszarach. A wojna w miastach generuje wielokrotnie większe straty cywilne niż kontrolowane pole minowe na przedpolu. Widzieliśmy to w Mariupolu, Bachmucie, Awdijiwce. Zniszczone kwartały, tysiące zabitych, infrastruktura obrócona w ruinę. jeżeli miny mają zatrzymać przeciwnika kilkanaście czy kilkadziesiąt kilometrów od dużych ośrodków miejskich, to paradoksalnie mogą ograniczyć skalę zniszczeń.
Humanitaryzm nie polega na rozbrajaniu się jednostronnie wobec agresora. Polega na takim przygotowaniu obrony, by wojna – jeżeli przyjdzie – była jak najkrótsza i toczyła się jak najdalej od cywilnych centrów życia.
Państwo bardziej bezbronne
Poza tym Polska nie działa w próżni. Państwa frontowe NATO – zwłaszcza te graniczące z Rosją – intensywnie inwestują w rozbudowę systemów zapór, fortyfikacji i zdolności inżynieryjnych. Finlandia, która ma ponad 1300 km granicy z Federacją Rosyjską, od lat utrzymuje silny komponent obrony terytorialnej oparty na przygotowanym terenie. Państwa bałtyckie budują linie umocnień, rozwijają umiejętności szybkiego minowania i rozminowywania. Wszystkie te kraje są na różnych etapach wychodzenia z konwencji ottawskiej.
To adaptacja do wojny, która już trwa w Ukrainie i która może się przenieść dalej. Kiedy Rosja pokazała, iż jest gotowa prowadzić konflikt konwencjonalny na pełną skalę, kalkulacja strategiczna uległa zmianie. Zdolność do zatrzymania pierwszego uderzenia to istota przygotowań obronnych. A pierwsze uderzenie w scenariuszu wschodnio-europejskim będzie miało charakter manewrowo-pancerny, wsparty artylerią i dronami. W takim scenariuszu brak zapór to zaproszenie do szybkiego marszu w głąb kraju.
W 2023 roku pod Zaporożem miny broniły rosyjskich pozycji. To niewygodny fakt, ale fakt. Zatrzymały natarcie, zmusiły przeciwnika do walki na warunkach obrońcy i ostatecznie były jednym z kluczowych czynników przesądzających o klęsce ukraińskiej kontrofensywy. Może nam się to nie podobać, ale nie możemy udawać, iż tej lekcji nie było.
W świecie sprzed 2014 roku można było wierzyć, iż konwencjonalna wojna w Europie jest nierealna. W świecie po Buczy i Mariupolu taka wiara jest formą strategicznej naiwności. I owszem, miny nie są bronią „ładną”. Ale wojna obronna nie jest konkursem estetyki, ale walką o przetrwanie państwa. Zaś państwo, które rezygnuje z narzędzi realnie zwiększających jego szanse na przetrwanie, nie jest bardziej moralne. Jest bardziej bezbronne…