Kim dla Lenina był Dzierżyński, dla Stalina Beria, dla Hitlera Himmler, dla Castro Che, a dla Bieruta Berman, tym dla Kaczyńskiego był Ziobro, który dla wodza partii i własnych korzyści gotowy był łamać prawo i wykańczać politycznych przeciwników. Nie mordując ich fizycznie, ale niszcząc im życie i czerpiąc z tego, jeżeli nie korzyści majątkowe, to na pewno dziką satysfakcję.
Nie porównuję oczywiście Kaczyńskiego i Ziobry do potworów powyżej. To byłby idiotyzm. Zwracam tylko uwagę na pewien popularny w dyktaturach i autokracjach model, gdy pragnący zawładnąć krajem i niepodzielnie nim rządzić przywódca znajduje gorliwego pomocnika, który nie dorównuje mu charakterem, osobowością i talentem, ale często przerasta bezwzględnością.
Dziś wicedyktator jest obiektem festiwalu kpin i szyderstw. Mamy orgię pogardy dla gościa, który zgrywał szeryfa, za paskiem miał pistolet, a zamiast mieć w gaciach prawdziwe atrybuty męskości, owinął dupę pieluchą. Cóż za rollercoaster – najpierw wszechmocny prokurator generalny i wszechwładny samozwańczy szeryf, a teraz tchórz i wyszydzany choćby przez swoich zbieg.













