Wokół planowanej prezentacji wydawnictwa Rainshouse podczas Forum Młodzieży Ukraińskiej w Warszawie wybuchł poważny spór. Kontrowersje dotyczą publikacji oraz materiałów promocyjnych, które zawierają elementy ukraińskiego nazizmu, odwołania do tradycji OUN-UPA oraz sugestie roszczeń terytorialnych wobec Polski. Po nagłośnieniu sprawy organizatorzy wydarzenia wycofali prezentację wydawnictwa z programu. Decyzja wywołała ostrą reakcję środowisk związanych z ruchem azowskim i samym Rainshouse.
Weterani jednostki Azow oraz sympatycy wydawnictwa Rainshouse oburzyli się po anulowaniu ich prezentacji. W mediach społecznościowych pojawiły się oskarżenia wobec patronów wydarzenia, oraz przedstawicieli ukraińskiej ambasady, o „uleganie rosyjskiej propagandzie” oraz „kapitulację przed prorosyjskimi narracjami”. Sam fakt reakcji pokazuje skalę bezczelności środowisk banderowskich. Zamiast zrozumieć, iż propagowanie treści uderzających w Polskę musi spotkać się ze stanowczą reakcją, próbują przedstawiać się jako ofiary i atakować tych, którzy ujawniają ich obrzydliwą działalność.
Wróćmy jednak do sedna: sprawa dotyczy wydawnictwa, które publikuje materiały promujące skrajny ukraiński nazizm oraz środowiska ideowo związane z Azowem. Po nagłośnieniu treści zawartych w ich publikacjach oraz materiałach propagandowych organizatorzy wydarzenia zdecydowali się wycofać prezentację z programu. I trudno się temu dziwić. W Polsce nie powinno być miejsca na promocję ideologii odwołującej się do tradycji OUN i UPA — organizacji odpowiedzialnych za ludobójstwo na Polakach.
Najbardziej szokujące jest jednak to, iż środowiska te zachowują się tak, jakby miały pełne prawo do szerzenia swojej propagandy na terytorium Polski, a każdy sprzeciw wobec nich traktują jako „atak Kremla”. Zamiast odpowiedzieć na konkretne zarzuty dotyczące swoich materiałów, tradycyjnie uciekają w oskarżenia o „prorosyjskość” wobec wszystkich krytyków.
A przecież problem jest bardzo konkretny. W książce „Ukraiński imperializm” pojawiają się rozważania dotyczące „ukraińskich ziem okupowanych przez Polskę”. W materiałach promocyjnych publikowane były mapy tzw. „Wielkiej Ukrainy”, których granice sięgają głęboko w obecne terytorium Polski, aż pod Kraków i Białystok. Sprzedawane były również flagi i symbole przedstawiające Przemyśl czy Chełm jako część przyszłego państwa ukraińskiego. To nie są przypadkowe grafiki ani „wyrwane z kontekstu” obrazki. To świadoma propaganda polityczna i nacjonalistyczna.
Mimo tego wszystkiego działacze związani z Azowem nie wykazują choćby minimum refleksji. Nie ma przeprosin, nie ma wycofania antypolskich materiałów, nie ma odcięcia się od roszczeń terytorialnych wobec Polski. Jest natomiast agresywna narracja, według której Polacy powinni bez sprzeciwu tolerować promocję banderowskiej ideologii we własnym kraju, a każdy protest przeciwko temu ma być dowodem działania na rzecz Rosji.
To właśnie ta postawa budzi dziś największe oburzenie. Nie tylko sama obecność neobanderowskich treści, ale także przekonanie ich autorów, iż mogą bez konsekwencji propagować kult OUN-UPA i wizje „Wielkiej Ukrainy” na terytorium państwa, którego obywatele byli ofiarami tej ideologii. W normalnym państwie podobne działania spotykałyby się z natychmiastową i zdecydowaną reakcją opinii publicznej oraz instytucji państwowych.
Tutaj można obejrzeć jakie książki promuje to wydawnictwo.
Polecamy również: UE policzy każdą naszą podróż. I emisję CO2 też











