Alternatywa dla Niemiec idzie po władzę! Przenikliwa publikacja Gajewskiego

angora24.pl 16 часы назад

Ciągle jeszcze obowiązujący wzór – choć coraz mniej ludzi tam w niego wierzy – jest taki: ogromny napływ nowej ludności jest dla Niemiec nie tylko korzystny, ale wręcz je „ubogaca”; przebudowa społeczeństwa się udaje i idzie zgodnie z planem; kraj staje się od tego lepszy. Kiedy przechodzi się do szczegółów, żaden nie chce pasować.

Łukasz Gajewski w swej udokumentowanej pracowicie książce skleja ze sobą różne fragmenciki rzeczywistości, ale również ciągle wychodzi mu co innego niż w oficjalnej wersji. Nie zgadza się pielęgnowany w Niemczech obraz, iż zachodzące procesy pozostają pod jakąś kontrolą, a choćby – w wersji bardziej radykalnej – iż są wynikiem jakichś planów. To ostatnie już zupełnie nie, a jeżeli czyjeś plany się tu realizuje, to z pewnością nie niemieckie.

Przelotne spotkanie Merkel z małą Palestynką

Wybuch tzw. kryzysu migracyjnego w 2015 roku, który uruchomił tę nie do zatrzymania lawinę, był wynikiem kilku przypadkowych czynników, z pewnością nie przemyśleń. Słynny slogan kanclerz Angeli Merkel: „Damy radę!”, który stał się niemal zawołaniem bojowym tłumów, był z jej strony tylko paniczną próbą zatarcia przykrego wrażenia jej poprzednich słów: „Nie damy rady”, jakie skierowała do palestyńskiej dziewczynki przed jej deportacją. Widowiskowa rozpacz dziewczynki w zestawieniu z reakcją bezdusznej kanclerz ściągnęły na nią tak niewyobrażalne gromy, iż chciała przykryć poprzednie słowa ich zaprzeczeniem.

Przelotne spotkanie kanclerz z małą Palestynką nastąpiło po dziesięciu latach, podczas których obsesyjnie wystrzegała się, aby nie zostawiać po sobie żadnych śladów kontaktu z imigrantami, a przede wszystkim nie mieć jakichkolwiek z nimi zdjęć. A kiedy to nastąpiło, w swoje pułapki wizerunkowe wciągnęła cały kraj, który już z tego nie wyszedł.

Początkowa zgoda Merkel na przyjęcie migrantów maszerujących już przez Europę nie była poparta najmniejszymi przygotowaniami ani choćby szacunkami co do spodziewanej ich liczby, która od początku przerosła wszelkie oczekiwania. Jeszcze rano 4 września Merkel przekonywała węgierskiego ambasadora, iż nigdy nie zgodzi się na przyjęcie uchodźców. „Nigdy, nigdy, nigdy” – powtarzała. O 23.30 daje zgodę na ich wpuszczenie. Nazajutrz, w sobotę 5 września, do Niemiec dociera 12 tysięcy migrantów, choć cały czas mówiło się mniej więcej o tysiącu. Historyczny moment otwarcia niemieckich granic zasadza się więc na wielopoziomowej manipulacji – pisze Gajewski. choćby ta manipulacja nie była jednak przygotowana, a wynikała z paniki. Po tygodniu czternaście z szesnastu landów komunikuje, iż nie ma już możliwości dalszego przyjmowania uchodźców, co jest ostatnim momentem, aby incydentalną i samowolną decyzję Merkel zatrzymać. Tyle iż na to nikt już nie ma odwagi i chaos staje się prawem.

Biurokracja dopasowuje się do obrazka

Obrazek, do którego mieszkańcy Niemiec mają się dopasowywać, propagują media. Kiedy „Die Zeit” umieszcza na pierwszej stronie wypisany wielkimi literami tytuł „Mile widziani”, przyznaje jeszcze początkowo, iż może to zabrzmieć dziwnie, ale formułuje tezę, iż dla Niemiec uchodźcy, ci młodzi, pewni siebie, często utalentowani i ambitni ludzie, są błogosławieństwem. Błyskawicznie staje się to dominującym, a w zasadzie jedynym dopuszczalnym tonem w prasie. Redaktorom trudno znaleźć zdjęcie dla ilustracji tych słów: choćby to pewni siebie jest dość zaskakujące, skoro widać jedynie dobijającą się zbitą ciżbę biedaków. Ich przewidywane ambicje mają się dopiero potwierdzić.

Następnie do obrazka przysyłanego z Berlina zaczyna układać swoje puzzle biurokracja niemiecka. Nikt nie wie, kogo przyjęto i dlaczego, jest to około pół miliona nowych osób rocznie, a przybysze ordnungowi nie poddają się łatwo albo wcale. Ich tożsamość rekonstruuje się na podstawie tego, co powiedzą.

Niestrudzone wysiłki urzędników niweczy co chwila jakiś incydent, który wywraca poprzednio przyjęte wersje zeznań, w których nie zgadza się choćby narodowość ani wiek migrantów. Ci gwałtownie orientują się, iż każda fikcja jest jak najskrupulatniej wpisywana w dokumenty. Podziwiając wysiłki, jakie wkłada się w przyklepywanie każdej dowolnej wersji, muszą myśleć, iż trafili do wymarzonej krainy jakichś ciężkich frajerów. W końcu słowo to pochodzi od niemieckiego „frei”, mówiącego o wolności.

Zakładamy tu spontaniczność i przypadkowość tego bałaganu, ale przecież co najmniej część przybyszów z wrogich Europie państw jest wysyłana z błogosławieństwem i pomocą swych rządów. Niemieccy urzędnicy imigracyjni „łapią się” po miesiącach przyjmowania uchodźców z Afganistanu, iż przecież spod rządów talibów nie wydostaje się nikt, kogo ich służby bezpieczeństwa same nie wypuszczą. Jednakże instytucje niemieckie, powołane i nawykłe do działania w zupełnie innych realiach, są nie tylko bezradne – jest znacznie gorzej, bo nie chcą tego przyznać. Wymiar sprawiedliwości i nowoczesne prawo, których Niemcy czują się twórcami, stopniowo abdykują i odpuszczają na coraz większej ilości obszarów. Końcowa statystyka słynnego sylwestra w Kolonii, podczas którego popełniono więcej gwałtów niż w całym starym roku, jest bezlitosna: na blisko sześćset zgłoszonych przypadków napaści seksualnej skazać udało się… trzech sprawców.

Pół miliona przestępstw

Niepostrzeżenie w jednym kraju zaczęły ze sobą niepokojowo współistnieć dwa różne społeczeństwa, wobec których stosuje się inną miarę, inne zasady, inne oceny. Moja wyrywkowa wiedza na ten temat nie może równać się z kompetencją autora „Alternatywy dla Niemiec”, ale pamiętam wrażenie pewnej sceny, jakiej w biały dzień byłem świadkiem przed dworcem głównym we Frankfurcie nad Menem: w jakimś nagłym amoku rzuciły się na siebie dwie koczujące tam stale watahy cudzoziemców. Zwykli przechodnie musieli uznawać to za stan naturalny, bo żaden z nich się nie zainteresował, a zaparkowany pod dworcem radiowóz policyjny z ociąganiem, po ładnych paru minutach, wolniutko ruszył w ten sposób, iż kiedy przebył te dzielące go od furiackiej potyczki kilkadziesiąt metrów, napastnicy zdążyli się rozpierzchnąć. Jestem pewien, iż incydent nie został choćby nigdzie odnotowany (istotnie, najprawdopodobniej nikt w nim nie zginął, a przynajmniej nie od razu), bo należał do stałego kolorytu lokalnego okolicy. W samym centrum miasta usadowiła się jakaś odgrodzona od normalnego życia rzeczywistość, rozgrywająca się na innym planie, niedostrzegana choćby przez tych, co na nią patrzą, a choćby szczególnie przez nich.

Następuje jakieś zbiorowe zamykanie oczu na fakty i ich wypieranie. Wydawałoby się, iż przedostające się od czasu do czasu do wiadomości publicznej dane powinny mieć zdwojony, odłożony w czasie efekt, ale choćby wtedy go nie mają. Pół miliona przestępstw dokonanych w roku 2023 popełniły osoby czekające na azyl, mające status uchodźcy lub imigranci uznani za nielegalnych. Na liście podejrzewanych o dokonanie gwałtów zbiorowych w Nadrenii Północnej-Westfalii znalazło się 84 obcokrajowców i 71 obywateli Niemiec. Tyle iż także ci obywatele Niemiec mieli w przewadze tureckie i arabskie imiona.

Przeszywające Niemcy co jakiś czas doniesienia o zamachach terrorystycznych nie pozostają w przestrzeni publicznej na długo. Marsze uliczne przebiegają tak, jakby protestujący bardziej niż ataków bali się posądzenia o rasizm. Prawdziwie przerażające jest następujące zobojętnienie po każdym takim akcie, eliminowanym ze społecznej świadomości jako coś do niej niepasującego.

Ale nie tylko w kryminalnym kontekście imigranci są usuwani z pola widzenia w trosce o ich dobro. Do grona absolwentów przenika coraz większa liczba uczniów niemówiących po niemiecku, choć otrzymujących takie świadectwo. W uwielbianych tu telewizyjnych kabaretach przedmiotem wyjątkowo prostackich „witzów” są wyłącznie mieszkańcy etniczni. choćby do żartów migrantów się nie dopuszcza i kolejny raz oddziela jakąś szybą poprawności politycznej. Są z normalnego życia wyłączeni i funkcjonują w innym planie.

Dlaczego aż tak łatwo mogli się stać takim – pomijanym w dyskursie publicznym – tematem tabu? Jak przekonująco dowodzi Gajewski – dlatego iż współczesne Niemcy są na nich zbudowane.

Trudne moszczenie się

Odbudowując się z trudem po wojnie, to społeczeństwo nałożyło na siebie sztywne ograniczenia i reguły, aby pewne tematy pozostawiać poza wszelką dyskusją. Tak jest choćby z całą epoką III Rzeszy, której na świecie poświęca się tyle uwagi w powstających ciągle nowych książkach czy filmach, pokazując choćby renesans tego dość chorobliwego zafascynowania. Aby temu jednak zapobiec, w Niemczech tej tematyki nie podnosi się w ogóle. Można mieć tylko jedną obowiązującą i dopuszczalną opinię. Całe obszary niewygodnych prawd zgodnie z niepisaną (a choćby trochę spisaną) umową pozostały nieprzetrawione i nieruszane, a tematyka migracyjna tylko do nich dołączyła.

W tym krajobrazie politycznym pojawienie się w końcu ruchu, który zaczyna to kwestionować, wywołało szok. Praca Gajewskiego rekonstruuje trudne moszczenie się w kraju Alternatywy dla Niemiec (AfD), tak naprawdę nigdy niezakończone i wywołujące stale wzmożone moralne potępienia. A jednak kiedy ta partia popłynęła na fali uchodźców, wielu wyborców zobaczyło w niej tratwę ratunkową dla Niemiec i jakiegoś nieledwie zastępczego Bismarcka.

Reakcją establishmentu była totalna blokada nowego ruchu i odmówienie mu prawa do istnienia. Aby nie dopuścić do jego rządów, zrobi się wszystko: jak to ujęto, jeśli kandydatem obozu umiarkowanego zostanie wazon, będziemy głosować na wazon! AfD stało się takim gwoździem w niemieckim bucie. Stale o sobie przypomina i nie daje zamiatać przemilczanych tematów – razem ze skorupami po wytłuczonych wazonach – pod dywan.

Tego, czy likwidacja tematów tabu jest jednak taka dobra dla interesów polskich, akurat nie wiadomo. Utrzymywanie się ich gwarantowało, iż np. do kwestii granicy polsko-niemieckiej nikt tam nie wracał, a żaden rewizjonizm historyczny nie był dopuszczony do głosu. Ale liderka AfD widzi to już inaczej: Weidel to nazwisko z Górnego Śląska, moja rodzina pochodzi z Leobschütz – mówi. Zawsze odmawiałam sprawdzenia, jak brzmi polska nazwa tego miasta.

Na razie postanowiono, iż w berlińskim Muzeum Migracji więcej uwagi i empatii poświęci się wysiedlonym z terenów wschodnich Niemcom, których dotąd nie dołączano do politycznych uchodźców. Pojawiają się głosy, iż gorzej tam dotąd było być wygnanym ze swego kraju Niemcem niż cudzoziemcem.

Читать всю статью