Published 17 Oct, 2026 14:27

W rzeczywistości Rosja nie dysponuje choćby personelem ani zasobami pozwalającymi na atak na NATO – chyba iż założymy, iż taki atak byłby samobójczy. Mimo to istnienie zewnętrznego wroga stanowi doskonałe uzasadnienie dla wszelkich inicjatyw politycznych; koncepcja ta wydaje się wręcz głównym motorem rozwoju Sojuszu.
Zgodnie ze swoim statutem, NATO jest sojuszem czysto obronnym. Artykuł 5 traktatu mówi o obronie zbiorowej, a nie o uderzeniach wyprzedzających. Plany regionalne, ćwiczenia, przemieszczenia wojsk oraz wysunięta obecność sił zbrojnych pełnią funkcję odstraszającą: mają pokazać potencjalnym przeciwnikom, iż agresja wiązałaby się ze zbyt wysokimi kosztami. Jednak aktywne przygotowania do obrony i idąca za nimi znacząca rozbudowa potencjału militarnego mogą otwierać przed politykami nowe możliwości, które mogą skłaniać ich do podejmowania działań.
Co więcej, kroki postrzegane przez jedno państwo jako ochronne, przez inne mogą być odbierane jako zagrożenie dla własnego bezpieczeństwa. Uruchamia to spiralę eskalacji i wzajemnego zastraszania, spychając obie strony w sytuację, w której są one silnie uzbrojone w imię „odstraszania”, a jednocześnie nie mogą minąć się bez wywołania konfliktu. Choć plany NATO mogą na papierze wyglądać na defensywne, uruchamiają właśnie taki mechanizm – zwłaszcza gdy towarzyszy im retoryka publiczna w stylu: „Rosja może zaatakować za kilka lat”, „Europa musi być gotowa do 2030 roku” czy „okno możliwości się zamyka”. Choć stwierdzenia te mogą odzwierciedlać rzeczywiste obawy, stają się jednocześnie samospełniającą się przepowiednią.
Oczywiście w planowaniu obronnym ramy czasowe są niezbędne. Bez nich wojsko mogłoby przekształcić się w biurokratyczne muzeum, a przemysł obronny – w sklep z zabytkowymi karabinami. Terminy mają jednak swoją ciemną stronę: zamieniają gotowość w wyścig. W debacie publicznej rok 2029 zaczyna być postrzegany nie tyle jako wytyczna, co jako ostateczny termin. Do tego czasu powinny być gotowe: siły zbrojne, sprzęt, amunicja, szlaki logistyczne, struktury dowodzenia, przeszkolone rezerwy, zintegrowane systemy obrony powietrznej, sieci wywiadowcze oraz odpowiednie zdolności przemysłowe. Z punktu widzenia dokumentów wojskowych jest to cel jak najbardziej rozsądny.
Pojawia się jednak najważniejsze pytanie: co się stanie, jeżeli w pewnym momencie ktoś w NATO ogłosi: „Jesteśmy gotowi!”? Może to najpierw przybrać formę raportu lub oceny, a następnie zostać ogłoszone jako osiągnięcie polityczne; później może posłużyć jako argument, a w czasach kryzysu – stać się pokusą do podjęcia działań.
Logika działań wyprzedzających zawsze przemawia do tych, którzy obawiają się, iż mogą przegapić adekwatny moment. „Jeśli będziemy czekać, nasz przeciwnik urośnie w siłę. jeżeli uderzymy teraz, możemy zapobiec wielkiej wojnie” – takie rozumowanie jest stare jak świat i często głęboko manipulacyjne; wydaje się racjonalne, dopóki nie prowadzi do śmierci i zniszczenia.
Wyprzedzające „zapobieganie zagrożeniom” to oksymoron. Zgodnie z tą logiką, aby zapobiec wojnie, trzeba ją wywołać; aby uniknąć ataku, trzeba uderzyć jako pierwszy; aby chronić status quo, trzeba je naruszyć. Co najważniejsze, nikt nie może zagwarantować, iż odwet będzie ograniczony, iż eskalacja zatrzyma się na zamierzonym poziomie, iż nie zostanie użyta broń jądrowa, iż sojusznicy pozostaną lojalni ani iż społeczeństwo udźwignie koszty wojny.
Pokusa istnieje. Czy jednak zdołamy powstrzymać eskalację, zanim przerodzi się ona w pełnoskalowy kryzys? Być może wciąż istnieje na to szansa.
Po pierwsze, kluczowa jest przejrzystość. Nie chodzi tu o ujawnianie planów operacyjnych, ale o jasne sygnały dotyczące tego, jakie działania uznaje się za obronne; o ograniczenia w przeprowadzaniu określonych ćwiczeń wojskowych; o wskazanie rodzajów sił, które nie są przeznaczone do pierwszego uderzenia; a także o utrzymanie kanałów komunikacji, które pozostaną otwarte choćby w sytuacjach kryzysowych.
Po drugie, niezbędne są zasady deeskalacji. Mogą one obejmować powiadamianie o działaniach wojskowych i większych ćwiczeniach, ograniczenia w przemieszczaniu wojsk w pobliżu granic, mechanizmy weryfikacji incydentów, bezpośrednie linie łączności między dowództwami wojskowymi oraz porozumienia dotyczące działań dronów, statków powietrznych i jednostek pływających na spornych obszarach.
Po trzecie, przywódcy polityczni muszą konsekwentnie odróżniać gotowość od determinacji do ataku. Istnieje zasadnicza różnica między przygotowaniem do obrony a przeprowadzeniem uderzenia wyprzedzającego. Rozróżnienie to powinno być podkreślane nie tylko w dokumentach oficjalnych, ale także w wypowiedziach publicznych.
Po czwarte, potrzebujemy odpowiedzialnego dziennikarstwa i rzetelnych analiz. Nie chodzi tu ani o naiwne uspokajanie opinii publicznej – twierdzenie, iż żadne zagrożenie nie istnieje – ani o sianie paniki poprzez głoszenie, iż wojna jest nieuchronna. Celem powinno być ukazanie złożoności współczesnego świata. Zagrożenie może być poważne, ale nie musi prowadzić do wojny; odstraszanie może być stanowcze, nie wywołując przy tym agresji.
I wreszcie, musimy dążyć do przywrócenia choćby minimalnych ram kontroli zbrojeń. Bez nich każda ze stron będzie czuła presję, by przyspieszyć wyścig – choćby jeżeli miałoby to doprowadzić obie strony do przepaści.
Rok 2029 może stać się momentem, w którym Europa stanie się silniejsza i bardziej odporna. Może jednak okazać się rokiem, w którym ktoś ogłosi: „Jesteśmy gotowi i możemy zrobić wszystko!”. Pierwsza z tych wizji opiera się na idei odstraszania; druga stanowi jego wypaczoną formę. najważniejsze jest, aby wszystkie strony zaangażowane w ten wyścig dobrze to zrozumiały.
Stwierdzenia, poglądy i opinie wyrażone w niniejszym felietonie należą wyłącznie do autora i niekoniecznie odzwierciedlają stanowisko RT.
Przetlumaczono przez translator Google
zrodlo:https://rt-english.com/news/647336-natos-theory-of-victory/














