To, co wydarzyło się 10 kwietnia 2010 roku, zmieniło nas na zawsze.
Tymczasem nigdy nie powinno było do tego dojść. Nigdy nie powinna mieć miejsca sytuacja, w której głowa państwa, znacząca część najważniejszych w Polsce polityków i dowódcy najwyższego szczebla lecą jednym pasażerskim samolotem, na dodatek solidnie wysłużonym. Nigdy nie powinno dojść do próby lądowania wymuszanej na pilotach, wbrew wszelkim regułom sztuki, procedurom i zdrowemu rozsądkowi. Nigdy polityczne widzimisię decydentów nie powinno być ważniejsze niż przyjęte procedury bezpieczeństwa. To wszystko nigdy nie powinno się było wydarzyć.
A jednak się wydarzyło. Można dziś rzec: dziw bierze, iż dopiero wtedy. W końcu, po gruzińskiej szarży, było to drugie podejście Lecha Kaczyńskiego do wejścia z przytupem na karty historii.
Na miejscu zginęło 88 pasażerów i 8 członków załogi, to jednak nie koniec. Tak naprawdę wszyscy jesteśmy ofiarami katastrofy smoleńskiej. Gdyby prezydencki Tu-154 się nie rozbił, Lech Kaczyński wystartowałby w wyborach prezydenckich w 2010 roku i najpewniej by je przegrał. Prawo i Sprawiedliwość, pozbawione smoleńskiego paliwa, dryfowałoby po równi pochyłej i prędzej czy później podzieliłoby los Porozumienia Centrum.
Zamiast tego otrzymaliśmy kuriozalną quasi-religię – kult smoleński, ze swoimi kapłanami, rytuałami i świętym męczennikiem. Nienawiść, która i bez tego rozpalała nasze serca, stała się głównym motorem napędowym polskiej polityki na następne kilkanaście lat. Zamiast kierować energię na budowę przyszłości, pogrążyliśmy się w chocholim tańcu rytualnej, plemiennej wojny. Wojny całkowicie bezproduktywnej.
Podtrzymywanie mitu zamachu smoleńskiego stało się dla PiS celem samym w sobie. Bez niego Jarosławowi Kaczyńskiemu zabrakłoby mitu założycielskiego i politycznego paliwa. Dlatego choćby najbardziej absurdalne, kuriozalne i oderwane od rzeczywistości teorie były nam serwowane z pełna powagą i uporem godnym lepszej sprawy. Nie było czynów tak niedorzecznych czy niegodziwych, których nie dałoby się usprawiedliwić w imię religii smoleńskiej. Granicy nie stanowiła ani przyzwoitość, ani prawo.
Ale i druga strona nie była bez winy. Obrazem tego była wulgarna tłuszcza odgrywająca na ulicach polskich miast swoje obsceniczne spektakle. Oraz żenujący, nic nie wnoszący celebryci, popadający w obleśny rechot nad trumnami.
O Smoleńsku trzeba pamiętać. Jednak nie o „zamachu”, ale o narodowej traumie. O wydarzeniu, które uczyniło nas gorszymi ludźmi. A może tylko pokazało, jacy naprawdę jesteśmy.
Przemysław Piasta








