1 września było za późno

myslpolska.info 2 часы назад

…i musiało być jak było. Żadne większe wydatki na zbrojenia nic by nie dały, bo różnica potencjałów była zbyt duża. Jedyne co może mogliśmy zrobić, to oddać Niemcom Gdańsk z korytarzem i próbować stworzyć jakieś polskie Vichy.

Straty ludzkie byłyby być może mniejsze, ale czy uzyskalibyśmy tak korzystne granice na końcu wojny? Istnieje spore prawdopodobieństwo iż w sumie stracilibyśmy wtedy jeszcze więcej. Co ciekawe, ci sami, którzy plują na Zaleszczyki i na to jak to zła sanacja się skompromitowała (ja też sanacji delikatnie mówiąc ani nie lubię ani zbytnio nie cenię) uważają, iż wojnę dzięki komunistom i ZSRR Polacy wygrali. To ocena słuszna jedynie geograficznie, bo naród, który stracił cała warstwę przywódczą i mizerniutką klasę średnią, którego miliony albo wymordowano albo wykorzeniono i przegnano z kresowych siedzib i historycznych centrów kultury, który stracił autentyczną niepodległość, któremu po wojnie przez kolejne 10 lat dorzynano warstwy kulturotwórcze, a przez 45 narzucono absurdalny ustrój i negatywną selekcję, taki naród wojny nie wygrał, choć znalazł się w obozie zwycięzców i uzyskał wymarzone granice.

Do tego ostatniego w pewnej mierze przyczyniły się zarówno Zaleszczyki, jak i ta część komunistów, którą reprezentował Władysław Gomułka – po wojnie rodzaj polskiego Petaina a rebours. Wbrew zbyt łatwo plującym żółcią, w oczach opinii publicznej w krajach możnych tego świata, ale także w rzeczywistości, Zaleszczyki nie oznaczały ucieczki, ale dalszą walkę, tak samo „uciekł” de Gaulle, a Petain został, i tak samo obaj byli francuskimi patriotami. Różnica polegała na tym, iż protektorzy Petaina przegrali, a Gomułki wygrali. Czy mogło być lepiej? We wrześniu 1939 r. nie mogło. Dwa zasadnicze błędy popełniono wcześniej: najpierw w 1919 r. Józef Piłsudski przekombinował politycznie, a na głębszej płaszczyźnie zdradził cywilizację de facto pomagając zwyciężyć bolszewikom, których rok później cudem odepchnięto spod Warszawy. Gdyby tego błędu nie zrobił, nie byłoby ludobójstwa Polaków w ramach operacji polskiej NKWD, Rosja zawdzięczałaby Polsce uratowanie przed katastrofą i sojusz z nią byłby możliwy. To był błąd zasadniczy, a jednocześnie zaparcie się wartości stanowiących o naszej tożsamości.

Potem w 1938 r. błędem było nie próbować pomóc Czechosłowacji, choć z uwagi na jej nikczemne zachowanie w 1919 i w 1920 r. było to politycznie i psychologicznie prawie nierealne, ale można było przynajmniej próbować nie zachować się tak głupio i podle jak się zachowano. Czytam właśnie wspomnienia Zofii Kossak „Z otchłani”, jaką był obóz niemiecki w Oświęcimiu i Beaty Obertyńskiej „W domu niewoli”, jakim były więzienia i łagry w ZSRR. Choć derywacje ideowe oprawców pozornie krańcowo różne, to wrażenia i realia zderzenia z barbarzyństwem podobne, oba świadectwa powinny zawsze otrzeźwiać wszystkich, którzy majaczą dzisiaj o sojuszach z Hitlerem czy Stalinem. Są momenty, kiedy nie ma dobrych rozwiązań, ale tragiczna sytuacja z reguły jest efektem dłuższego procesu i ciągu wcześniejszych błędów, tak było 83 lata temu i na podobnej drodze jesteśmy dzisiaj.

Szukający poklasku krzykacze lubią powtarzać, iż Polska jest skazana na wielkość, iż będzie albo wielka albo nie będzie jej wcale. Prawda jest zupełnie inna. Polska jest średnia, położona pomiędzy większymi narodami – cywilizacjami i dlatego skazana nie na niemożliwy do wygrania wyścig zbrojeń i puste slogany, ale na dojrzałą dyplomację a przede wszystkim na dalekowzroczną, mądrą pracę polityczno-cywilizacyjną. Taką lekcję warto sobie co roku 1 września powtarzać.

Olaf Swolkień

Читать всю статью